Z miłości do procedurali – subiektywne Top 5

Kocham procedurale. Seriale, w których akcja mniej koncentruje się na kontynuacji losów głównych bohaterów, za to w każdym odcinku prezentuje osobną sprawę, najczęściej kryminalną. Swoich przodków mają w takich hitach sprzed lat, które z fascynacją oglądałem jako dziecko, jak: „Kojak”, „Columbo” czy „Gliniarz i prokurator”. Może to właśnie z powodu tej nostalgii bierze się moja miłość do tych serii i pewien opór przed rozpoczynaniem kolejnych serii kontynuacyjnych (Tak, oglądam „House of Cards” czy „Game of Thrones”. Ale czy one muszą straszyć cliffhangeremi na końcu każdego odcinka?). A może miłość do procedurali jest bardziej prozaiczna. Oglądam najczęściej dla odprężenia, dodatkowo czytam dużo książek, które dostarczają dobrych, ale wymagających historii. Zawsze chcę mieć do wyboru serial, który w kolejnym odcinku przyniesie nową zagadkę, bohaterowie ją za mnie rozwiążą, odcinek zamknie się jako całość, a ja nie będę musiał gryźć palców ze stresu nad losami Jona Snowa albo miłości Franka i Claire Underwoodów. Czasem chcę obejrzeć coś niewymagającego, dobrze się bawić i mieć miłe wspomnienia.

Czym w ogóle jest procedural? Nazwa jest trochę niejasna, więc pokrótce: jak już wspomniałem, to serial, w którym akcja każdego odcinka osnuta jest wokół jednej sprawy kryminalnej (nazwa bierze się od tego, że najczęściej pokazywane są procedury policyjne prowadzące do rozwiązania). Poszczególne sprawy łączy osoba lub osoby głównych bohaterów. To jednak nie na nich skupia się opowieść, bo ich życie osobiste jest mniej istotne niż kolejne historie.

Dobre procedurale muszą mieć ciekawe zagadki i dobrze skonstruowane postaci głównych bohaterów. Bo choć – jak wspomniałem – nie na nich skupia się serial, ich osobowość dodaje smaku. Trochę jak w gotowaniu: chcesz mieć dobre ciasto z wyjątkową polewą albo świetnie wypieczone mięso i odpowiedni sos. Musi być harmonia. Reszta to już przyprawy. Są procedurale, których sukces zależy od oryginalnej scenografii („Justified”); ale solidne laboratorium kryminalne też dobrze spełnia swoją rolę w tym temacie („CSI”).

Bez dalszego gadania pora na mój subiektywny top ranking:

Nr 5: „CSI: Las Vegas”

Najbardziej wierny nazwie gatunku – opisuje losy pracowników laboratorium badającego sprawy kryminalne przy pomocy najnowszych zdobyczy techniki. Nowatorskie procedury badawcze są główną osią fabuły. Ma przyzwoitą grę aktorską (w przeciwieństwie do rozpoczętych później „CSI: Miami” ze sławnym Davidem „Drewno” Caruso czy „CSI: NY” z nijaką wiodącą postacią). Las Vegas, miasto hazardu, jest ciekawym miejscem akcji. Zagadki trzymają poziom i to przez wszystkich 16 (sic!) serii. A nie jest to normą w świecie procedurali (z których wiele nie znalazło się na tej liście), bo ich poziom tak bardzo spada w kolejnych seriach („Bones”, „Castle”, „Blacklist”).

Dodatkowo jest to jedna z jeszcze trochę antycznych serii: rok 2000, w którym zaczęła się ukazywać, to były czasy, kiedy seriale były uznawane za rozrywkę dla pań domu i materiał dla telewizji klasy B. I choć w tym samym czasie na wizji była już kultowa „Rodzina Soprano”, to dopiero w 2004 roku „status społeczny” seriali zaczęły na dobre zmieniać produkcje takie, jak: „Lost” i „Dr House”. A jednak CSI od początku ma, jak na tamte czasy, nowoczesny charakter.

Mimo to „tylko” 5 miejsce. Serial niczym się w mojej opinii nie wybił. Jest po prostu solidny. Nie ma żadnego elementu, który by mnie zachwycił, ale też żadnego, który by odepchnął lub wyjątkowo rozczarował. Nawet zmiana wiodącego bohatera jest w pewnym momencie w miarę udana. No i 16 w miarę równych serii zapewnia naprawdę dużo rozrywki na zimowe wieczory.

Nr 4: „Elementary”

Sherlock. A konkretnie – Sherlock zrobiony przez Amerykanów. Można pomyśleć: „Boże kochany, toż to musi być jakaś absolutna kaszanka”. Zamiast tego – niespodzianka: dobry, równy procedural z kilkoma wyjątkowo smacznymi kąskami. Największą siłą (choć w oczach niektórych – słabością) tej serii jest główny bohater, a konkretnie odgrywający go aktor. Johnny Lee Miller jest do Sherlocków poprzedzających go zupełnie niepodobny. Nie w sobie nic dystyngowanego, brak mu nadludzkiej aury zdystansowanego geniusza, typowej dla innych kreacji. Sherlock przybywa do Nowego Jorku jako człowiek pokonany przez nałóg, zesłany tam przez swojego odległego emocjonalnie ojca i oddany pod kuratelę profesjonalistki od spraw wychodzenia z nałogu, byłej chirurg Joan Watson (wymawia się to tak samo jak John Watson, a ponieważ angielski nie odmienia przez rodzaje, to do bohaterki Lucy Liu wszyscy zwracają się dokładnie tak samo jak do innych Watsonów). I tak już do końca – nic nie jest tu takie, jak w innych filmach o Sherlocku; twórcy nie próbują na siłę wepchnąć podobieństw: bohaterowie nie mieszkają na 221b Baker Street, nie ma gospodyni – pani Hudson, zamiast inspektora Lestrade jest kapitan Tommy Gregson (bardzo udana, zbalansowana kreacja, dobrze równoważąca neurotycznego Sherlocka i dumną Joan). Sherlock dalej jest jednak genialny, a sprawy są poprowadzone naprawdę interesująco. Jednocześnie twórcy nieustannie puszczają do nas oko: pani Hudson pojawia się na chwilę jako znajoma Sherlocka z dość specyficznym zajęciem; zjawiają się także Moriarty i Irene Adler, by odegrać dużą, ale – przynajmniej dla mnie – bardzo zaskakującą, rolę. Nie tylko to: słynną z innych serii czapkę Sherlocka w jednym z odcinków Joan wyjmuje z dna szafy i próbuje ją wcisnąć komuś, twierdząc, że Sherlock nigdy jej nie nosi. Do tego twórcy serialu proponują własne ciekawe rozwiązania, takie, jak hakerski kolektyw „Everyone”. Zapłatą za pomoc „Wszystkich” są upokarzające czynności, które Sherlock musi wykonać: ogolić przed kamerą głowę na łyso; na konwencie fantastyki, w przebraniu wilkołaka, odczytać esej o miłości nastoletnich bohaterów horroru czy przejść starą i nudną, ale bardzo trudną grę. Takie smaczki pojawiają się co chwilę.

elementary-sherlock
Sherlock Johnny’ego Lee Millera jest postacią neurotyczną, walczącą ze swoimi demonami. Choć dalej genialny, to jest zwykłym człowiek, co mi osobiście zapewniło oddech po cudach wydarzającym się w 4 serii “Sherlocka” na BBC.

Trzecia seria jest słaba, czwarta – znowu trochę lepsza ze względu na postać ojca Sherlocka.Poziom odcinków trochę opada po tym, kiedy znika z horyzontu Moriarty. Mimo to ciągle bardzo chętnie oglądam „Elementary”: ze względu na doskonałą kreację Johnny’ego Lee Millera, świetną dynamikę pomiędzy głównymi postaciami (nie tylko Sherlockiem i Joan, ale też kapitanem i detektywem Bellem, z którymi przychodzi im współpracować) i… stroje Joan Watson. To jest najlepiej ubrana kobieta w serialach kryminalnych.

lucy-liu-elementary-cbs-fashion
Stroje Joan są albo wysmakowane albo naprawdę zaskakujące. Albo jedno i drugie.

Aha! Dość istotne dla powodzenia serii jest to, że Joan i Sherlock nigdy się w sobie nie zakochają i nigdy, nawet, mimo ewidentnego liberalizmu seksualnego obojga, nie prześpią ze sobą. Łączy ich tylko przyjaźń i dobra współpraca przy sprawach kryminalnych.

Nr 3: „The Mentalist”

Zastanawiałem się, czy wolę Mentalistę czy amerykańskiego Sherlocka. Obydwa są w pewien sposób podobne: Mentalista także jest genialnym śledczym, choć zamiast specjalizować się w śladach, specjalizuje się w ludziach.

Patrick Jane to zawodowy oszust udający człowieka o zdolnościach paranormalnych do czasu aż nie nadepnął na odcisk najgroźniejszemu w USA masowemu mordercy znanemu tylko jako Red John. Red John był nieuchwytny, mimo że oznaczał miejsca swoich morderstw wymalowaną na ścianie krwią swoich ofiar uśmiechniętą buźką. Patrick w jednym z programów telewizyjnych sprowokował go, mówiąc, że znajdzie go, używając swoich mocy parapsychicznych. Red John zrewanżował się, mordując jego żonę i córkę.

red-john-end-mentalist-season-6
Przez swoją arogancję Patrick Jane stracił wszystko. Teraz jedyny cel, jaki ma, to dopaść mordercę Red Johna.

Patricka spotykamy 5 lat później, kiedy towarzyszy Teresie Lisbon i jej drużynie z FBI w rozwiązywaniu spraw kryminalnych. Jane używa swoich niezwykłych umiejętności w odczytywaniu ludzkich emocji, żeby określić, kto popełnił morderstwo. Oprócz ciekawych zagadek, które prezentowane są z trochę innej strony (kluczową rolę odgrywa psychologia, nie ślady), tę serię odróżnia od pozostałych naprawdę dobrze skonstruowany wątek pogoni za Red Johnem. Morderca okazuje się człowiekiem dużo potężniejszym i wpływowym niż Patrick mógłby sobie kiedykolwiek wyobrazić. Finał jest satysfakcjonujący, a osoba Red Johna – zaskakująca (NIE wpisujcie Red John w wyszukiwarkę, bo sobie momentalnie zespoilujecie).

I to powoduje, że cenię ten serial wyżej niż „Elementary”. Przez 6 serii towarzyszy nam ten niezwykły, mrożący krew w żyłach wątek, który cały czas powraca: czy za sprawą samego Red Johna czy też jego popleczników i wyznawców. Jednocześnie twórcom udało się ustrzec od przeciągania serii w nieskończoność. (To zabiło dwa inne seriale, ukazujące się w tym czasie: „Castle” i „Bones”.)

Nr 2: „Criminal Minds”

Ten serial ma wiele wad. Główni bohaterowie, za wyjątkiem postaci stworzonej przez Mandy’ego Patinkina, są trochę plastikowi, jednowymiarowi i mam w tym kontekście dużo zarzutów do gry aktorskiej. Przez jakiś czas serial „ciągnie” postać grana przez Patinkina, ale, gdy ona odchodzi, zespół analityków FBI traci charyzmę i staje się mało charyzmatyczną masą średnich kreacji. Do tego akcja niektórych odcinków bywa schematyczna.

Dlaczego więc ten serial w ogóle jest na tej liście i to dość wysoko? Z powodu tematyki, która mi zrobiła nawet kiedyś niezłe kuku w głowę. Mianowicie główni bohaterowie zajmują się profilowaniem i łapaniem seryjnych morderców. Ameryka to fenomen pod względem tego typu przestępców. A zespół z „Criminal Minds” pracuje przy założeniu, że każdy masowy morderca jest sadystą, przeżywającym ekstazę porównywalną do seksualnej z powodu torturowania i mordowania swoich ofiar. Badacze zajmują się przede wszystkim psychologią ściganych, dzięki czemu ostatecznie udaje się im ich zidentyfikować. I to zagłębienie się w świat pełen chorych, kompletnie pokręconych umysłów, które poznajemy z bliska, jest siłą serialu. Dam przykład. W jednym odcinku poznajemy samotnego kierowcę ciężarówki, który porywa młode kobiety i je morduje. Motyw nie jest jednak seksualny: bohater stracił prawa do opieki nad córką i szuka idealnej matki dla niej – kobiety, która pozwoli mu odzyskać dziecko. Kiedy kandydatki-ofiary okazują się nieodpowiednie, umierają. Jednocześnie regularnie zakrada się do sypialni swojego dziecka i w sielskiej atmosferze opowiada córce bajkę w odcinkach o królu, który poszukuje królowej, ale kolejne kandydatki okazują się niegodne i król musi je ze smutkiem odprawiać. Widać, że kocha swoje dziecko, ale jednocześnie jest niewyobrażalnym potworem.

Kiedy oglądałem ten serial, miałem akurat wyjątkowo dużo czasu i łykałem nawet po 3-4 odcinki dziennie. Po 2 tygodniach takich seansów z moją głową nie wszystko było w porządku.

Nr 1: „Justified”

Mój numer jeden jest kontrowersyjny, bo trudno powiedzieć, czy na pewno jest proceduralem. Główny bohater umiejscowionego na południu Stanów serialu Raylan, Givens, jest szeryfem federalnym; do zadań jego biura należy ochrona sędziów i prokuratorów, ochrona spraw sądowych i ochrona świadków, jak też obsługa systemu więziennego na zewnątrz, w tym: transport więźniów pomiędzy stanami i łapanie zbiegów https://www.usmarshals.gov/duties/. W kolejnych odcinkach akcja osnuta jest wokół obowiązków spełnianych przez Raylana; ale nie to jest główną siłą ani nawet tematem tego serialu. Brawurowo zagrany przez Timothy’ego Oliphanta Raylan jest bowiem w pewnym sensie współczesnym kowbojem – przeniesionym do XXI wieku szeryfem w nieodłącznym kapeluszu i z rewolwerem przy pasie, po który szybko sięga i jeszcze szybciej strzela. Nie stroni od bójki czy przepychanki i ma magnetyczny wpływ na kobiety.

Siłą tego serialu i powodem, dla którego jest moim ulubionym na liście (niestety, już zakończonym), jest główny bohater, a właściwie – główni bohaterowie. Postacie i interakcje między nimi są bowiem zbudowane mistrzowsko i bez żadnej z nich (głównej czy nawet drugoplanowej) serial ten nie mógłby się udać. Na pierwszym planie jest rywalizacja Raylana z jego starym kumplem Boydem Crowderem, który został przestępcą specjalizującym się w wysadzaniu rzeczy dynamitem. Obydwaj rywalizują o Avę Crowder, która zabiła brata Boyda, znęcającego się nad nią męża. Ten trójkąt to absolutny dynamit i, uwierzcie mi, nie ma nic wspólnego z łzawymi bzdurami z seriali dla nastolatków albo oper mydlanych. Tutaj lecą wióry, cała trójka ma w sobie dość temperamentu do obdzielenia całego gangu motocyklowego i każde z nich jest do tego bardzo inteligentne. Akcja toczy się sama.

Justified-Season-3-Wallpaper-justified-27943438-1600-1200.jpg
“Justified” świetnie odpowie na zapotrzebowanie tych, którzy tęsknią za Dzikim Zachodem. Nie zawiodą się też Ci, którzy cenią sobie pełnokrwiste, wyraziste postacie.

Do tego jednak każdy bohater drugoplanowy nadaje serialowi charakteru. Współpracownicy Raylana: Art Mullen, rozsądny szef Raylana, wyciągający go nieustannie z problemów; dwóch funkcjonariuszy, którzy z nim pracują: cichy specjalista od broni Tim Gutterson i Murzynka z typowymi dla kobiety z mniejszości problemami w służbie Rachel Brooks. Całości dopełnia ekscentryczny przestępca Wynn Duffy i niebezpieczni ludzie, których ściąga w ramach swoich ciemnych interesów, oraz ta bardziej rozsądna z kobiet Raylana, prawniczka Wynona Hawkins, która nie przystaje do jego życia w ogóle, ale tak desperacko chcą, żeby im się udało.

To nie jest do końca procedural, bo, choć szkielet serialu stanowią wszelkie sprawy rozwiązywane przez biuro, wątki osobiste są w nim zapewne bardziej istotne niż konkretne sprawy. Z drugiej strony to te wątki czynią ten serial tak dobrym.

Długa lista pominiętych
Jest wiele innych procedurali wartych wspomnienia. „X-files”, ulubiony przez każdego 35-letniego geeka, który jednak niezbyt ładnie się zestarzał. „Bones” i „Castle” z wyśmienitymi pierwszymi seriami, które kompletnie podupadły na końcu, tak, że nie da się ich oglądać. „Perception” i „Lie to Me”, odbiegające od głównego wzorca. W obydwóch głównymi bohaterami są naukowcy: w jednym genialny neurolog-schizofrenik, w drugim specjalista od komunikacji i mowy ciała, który wykrywa kłamców po prostu na nich patrząc. „The Wire” wreszcie, który wielu czytelników uznałoby za najlepszy z przedstawionych tu, ale który osobiście uważam za serial bardzo trudny do oglądania, bo zbyt bliski życiu, zbyt widza tym życiem nękający. Ja w opowieściach szukam przynajmniej pewnej dawki umowności i „The Wire” pod koniec pierwszej serii porzuciłem. W przeciwieństwie do wyżej przedstawionych, które obejrzałem od początku do końca.

Mateusz Myślicki

Advertisements