Czuły i brutalny konserwatyzm – “Young Pope”

Czasem myśli wymagają przetrawienia, zanim przeleje się je na papier. Czasem myśli wymagają czasu, żeby sprawdzić, czy, kiedy sięgniemy do nich znowu, będą takie same. Zdarza się, że nie odczuwam potrzeby pisania przez pewien czas, bo wiem, że nie mam nic do powiedzenia albo że to, co mam, może mieć więcej sensu później. Szczególnie kiedy mówi się o rzeczach niezwykłych. Jak serial „Young Pope”.

Serial jako medium staje się produktem coraz bardziej ambitnym. To już w zasadzie truizm. Każdy, kto interesuje się sztukami wizualnymi, to wie. Ale czy mieliśmy na to mocne namacalne przykłady? Okej, mieliśmy. Parę. David Fincher, oskarowy reżyser hollywoodzki, wyreżyserował pierwszy odcinek „House of Cards”, gdzie główną rolę gra oskarowy aktor Kevin Spacey. Pierwszy odcinek Westworld nakręcił Nolan, ten od udanych batmanów. A Steven Sodebergh, człowiek, który w Hollywood osiągnął wszystko, zabrał się parę lat temu za autorski projekt „The Knick”, także z aktorem hollywoodzkim Clivem Owenem. Świat wielkiego filmu zauważył więc serialowy światek i coraz chętniej próbuje się w nim rozpychać.

Serial Sorentino jest nawet na tym tle krokiem do przodu. Jest to dzieło zupełnie autorskie i przesiąknięte reżyserem aż po same końcówki papieskich szat. Akcja zaczyna się, kiedy papieżem, zupełnie niespodziewanie, zostaje młody, niespełna pięćdziesięcioletni amerykański kardynał, Lenny Belardo. Reżyser z charakterystyczną sobie niespiesznością i wielkim wyczuciem estetyki wprowadza nas w świat Watykanu: jego pięknych wnętrz, nierealnych, jakby wypożyczonych z nieba ogrodów, którymi opiekują się ubrane w biel zakonnice. Zupełny kontrast do tego wizualnego piękna tworzy zepsuta struktura Stolicy Piotrowej: pełna intryg, knowań i polityki, zarządzana przy pomocy szantażu i zastraszenia przez wszechpotężnego kardynała Angelo Voiello, stara wiekiem i sposobem myślenia. To Watykan zmęczony. I w to wszystko, niczym huragan, już zaraz, już w drugim odcinku, wtargnie Lenny, człowiek, jak niektórzy twierdzą, święty, jak wielu, którzy go poznali, uważają, kompletnie szalony i egocentryczny aż po czubek swojego idealnego nosa.

young-pope-interiors
Serial Sorentino jest przede wszystkim bardzo wysmakowany estetycznie

Tu trzeba oddać sprawiedliwość i, być może także, złożyć pokłon, Judowi Law, któremu przez długi czas przypinano łatkę kolejnego pięknego chłopca Hollywood, a okazuje się, że zagrać potrafi. Choć, to także prawda, zagrać znowu pięknego chłopca. Mimo, że pięćdziesięcioletniego. Lenny, czyli nowy papież Pius XIII, to sierota wychowany w domu dziecka prowadzonym przez siostrę Mary, którą Lenny traktuje trochę jak matkę, trochę jak mentorkę. Lenny przez całe swoje pięćdziesięcioletnie życie pozostawał człowiekiem niewidocznym, niepozornym. Mimo że był arcybiskupem Nowego Jorku, nikt nawet nie wie, jak wygląda, bo nie pozwalał sobie robić zdjęć, a te, które zrobiono, odkupował od paparazzi za olbrzymie pieniądze. Nikt nie wie, jakie Belardo ma poglądy, bo nigdy nie wypowiadał się zdecydowanie na żadne istotne tematy. Lenny jakby całe życie przygotowywał się do roli, do której był stworzony – do roli Ojca Świętego. Kiedy zostaje wybrany, natychmiast wprowadza swój wielki plan, o czym informuje nas i całe swoje otoczenie. Z człowieka niewidzialnego staje się najwyraźniejszym. Przez wiele odcinków wątpimy w ten plan, irytujemy się na pozornie chaotyczne działania Lenny’ego, ale nie oznacza to, że rola nie jest zagrana ze świeżym, inspirującym tchnieniem aktorskiego geniuszu. Czy Lenny pali papierosy, czy się modli, czy podejmuje z pozoru fatalne decyzje, jest spójny i jest fascynujący. Padają oskarżenia, że ten serial bywa nierówny. Że czasem nudzi. Przeciwnie, już samo chłonięcie Lenny’ego przez 10 odcinków w moim odczuciu nie pozwala się nudzić.

the-young-pope-jude-law-diane-keaton-600x300
Cicha, spokojna, wycofana kreacja siostry Mary doskonale podkreśla brawurowo oddaną sylwetkę Piusa XIII

Tym bardziej, że wszystkie role drugoplanowe są zagrane świetnie i z dużym wyczuciem: wszechpotężnego kardynała Voiello, który okazuje się być człowiekiem bardzo poczciwym i zatroskanym o losy świata; cichej siostry Mary, która okazuje się dokładnie taka, jak nam się wydaje, choć wydaje nam się, że jeszcze odkryjemy w niej głębię (wyjątkowo udana rola Diane Keaton, która dobrze wiedziała, że jako Mary ma się ze swoją rolą trochę schować, dostarczyć brawurowej kreacji Lenny’ego głębi i kontrastu); postać kardynała Dussolier, który wydaje się od Lenny’ego dużo bardziej święty i natchniony, a na koniec okazuje się… po prostu człowiekiem. W ogóle próżno tu szukać roli źle obsadzonej. Świetny jest zgorzkniały mentor Spencer, który przecież miał być papieżem; cichy i niepozorny, trochę śmieszny, trochę żałosny, ale bardzo ważny dla Lenny’ego kardynał Gutierez, czy, na koniec, platoniczna miłość – Esther.

voiello-1920
Nawet Voiello, z pozoru cyniczny stereotypowy kardynał Kurii Watykańskiej, okazuje się być kimś kompletnie innym niż z pozoru mógłby się wydawać.

I coś jeszcze, o czym wspomniałem, co nie pozwala się nudzić, ale może wpędzać w konfuzję. Większość z tych ludzi okazuje się nie tymi, za kogo byśmy ich brali. Każdy ma jakąś tajemnicę czy nosi jakąś maskę. Może oprócz Lenny’ego. Umiejętne granie tym to jest wielka zasługa przewrotnego Sorentino.

Choć w wymowie serial ten ostatecznie jest bardzo prosty. Zaskakująco prosty. Po człowieku, który stworzył „Wielkie Piękno”, „Młodość” i „This is the place”, bardzo ironicznym i rozczarowanym światem człowieku (kimże jest Jep Gambardella, jak nie wielkim wyrazem rozczarowania światem postmoderny?), spodziewalibyśmy się dzieła zdystansowanego, być może prześmiewczego. Pokazującego Watykan jako miejsce ostatecznego upadku cywilizacji Zachodu, a Kościół jako najgorszy jego produkt. Nic podobnego, przekaz „Młodego papieża” jest jasny i jestem pewien, że wielu się nie spodoba. A inni będą zachwyceni. I to, być może, jest największa siła tego pięknego wizualnie i muzycznie serialu – że jest o czymś, że za historią kryje się przesłanie. Że zmusza nas do zajęcia stanowiska. Albo jesteśmy z Lennym. Albo przeciw niemu. Inaczej nic nie zrozumieliśmy.

Mateusz Myślicki