Zaskakująco zajmujące dziwadło – „Orphan Black”

“Orphan Black” to serial dziwaczny – z jednej strony zupełnie mainstreamowy, puszczany w dużej telewizji w prime time, z drugiej – eksperymentujący – w mniejszym stopniu z treścią, w większym z formą.

Zacznijmy od tego, o czym to jest: Sarah Manning, drobna oszustka, spotyka na stacji kolejowej sobowtóra. Zdążą tylko popatrzeć sobie w oczy zanim kobieta, która wygląda na zaginioną bliźniaczkę bohaterki, rzuci się pod koła nadjeżdżającego pociągu. Sarah kradnie jej torebkę i wciela się w, jak okazuje się, panią detektyw Beth Childs. W ten sposób zaczyna się seria nieprawdopodobnych zdarzeń: Sarah przekona się, że jest klonem (wybaczcie mały spoiler, dowiadujemy się o tym już w 2 pierwszych odcinkach) i odkryje, że istnieje skrzyżowanie sekty z korporacją (o kilku odłamach), zwane Neolucjonistami, które po cichu przygląda się klonom, i że przeciwstawia mu się inna sekta (Proletheans), która kontroluje jeden z klonów – maniakalną morderczynię z Ukrainy wychowaną w monastyrze (czy można wymyślić coś lepszego!??). Pół pierwszej serii to cudowny rollercoaster wydarzeń, w którym twórcy mogą sobie pozwolić na wszystko, bo skoro już zaczęli od morderczych klonów z Ukrainy i korporacji-sekty, to po co się ograniczać?

Jedyny problem rozpoczęcia z takim wykopem, to to, że w końcu będzie trzeba zwolnić i ten moment (a wypada on mniej więcej w połowie pierwszej serii) jest chyba najtrudniejszy do przejścia dla widzów – serial zamienia się z dzikiej, pełnej konspiracji matni, w mniej więcej każdy-typowy-serial-który-oglądasz, tylko trochę dziwniejszy. Do tego niektóre pomysły scenariuszowe są kompletnie absurdalne. Jak na przykład główny wątek konspiracyjny. Jedna zła sekta, zagrażająca głównym bohaterkom, zostaje zmiażdżona przez inną, która okazuje się odłamem korporacji zajmującej się bioinżynierią. Ta korporacja następnie wchłania i marginalizuje rzeczoną sektę, żeby zostać od środka przez nią potem rozsadzona, a następnie sama sekta zaczyna wewnętrzne rozgrywki przynajmniej trzech frakcji. Po drodze gdzieś jeszcze pojawia się oczywiście amerykańska armia i pracująca dla niej socjopatyczna doktor. Bohaterki, a przynajmniej część z nich, mimo że w centrum tych wszystkich wydarzeń, mają się dobrze, a niektóre nawet prowadzą zupełnie normalne życie.

Orphan Black - Rachel's Eye
Rachel, po starciu z jedną z głównych bohaterek, dostaje cybernetyczne oko. Serial ma sporo elementów science-fiction, ale nie przeważają one w żadnym momencie.

No właśnie, bohaterki – to jest chyba najmocniejsza strona całego serialu i główny eksperyment z formą. Pięć głównych bohaterek i jeszcze około pięciu postaci drugoplanowych granych jest przez tę samą aktorkę – Tatianę Maslany. W końcu te wszystkie postacie to klony. I tutaj serial mógł ponieść spektakularną porażkę – bo choć klony fizjologicznie identyczne, to przecież są zupełnie innymi osobami, wychowanymi w całkowicie różnych środowiskach, o kompletnie innym statusie materialnym. High risk, high reward, mówią Amerykanie o takich przedsięwzięciach. Tutaj to zdecydowanie się opłaciło. Maslany odwala świetną robotę w przypadku większości postaci. Pierwsza z nich, Cosima, to genialna doktorantka na drodze do naukowej kariery, z nieodłącznymi dreadami i pewną dozą charakterystycznej dla takich środowisk społecznej nieśmiałości. Kolejna to Alison, soccer mom, czyli stereotypowa przedstawicielka amerykańskich przedmieść, która wydaje się wyjęta z serialu „Gotowe na wszystko”, jest też sama Sarah – zbuntowana, nieufna, ale szaleńczo odważna, nieprzystosowana, ale lojalna. Te trzy trzymają się razem i łączą siły w walce z korporacjami. Maslany gra też Rachel – zimną korpo-sukę, która w wyniku splotu wydarzeń stoi po przeciwnej stronie barykady niż jej klony. I wszystkie te kreacje wychodzą jej naprawdę świetnie. Spodziewałem się, że będę ciągle myślał o tym, że to ta sama aktorka, ale nic takiego się nie dzieje. Kanadyjska aktorka bardzo dobrze rozdziela akcenty w zachowaniu, tiki, mowę ciała, ubiory i przyzwyczajenia. I najmniejszą rolę w tym grają stroje, bo nawet kiedy Cosima przebiera się za Alison (czyli WYGLĄDA tak samo, jak ona), to dzięki jej grze ani przez chwilę nie mamy wątpliwości, że mamy do czynienia ze społecznie wyalienowaną doktorantką, która udaje pewną siebie mamuśkę. Słabiej wychodzi Maslany kreacja ukraińskiej pół-dzikiej morderczyni, ale uważam, że wynika to z faktu, że jest to rola odegrana bez żadnej znajomości kultury i zwyczajów, oparta na stereotypach, a więc od początku karykaturalna. Trochę psuje to całość zachwytu kreacjami Maslany, ale nie do tego stopnia, żebym nie pozostawał zachwycony.

Felix - Orphan Black
Postać Felixa, brata Sarah, jest jednym z silnych powodów dla których warto obejrzeć ten serial.

Inni aktorzy dotrzymują kroku. Wśród nich wyróżnia się szczególnie Felix, przybrany brat Sarah. Jest po prostu cudowny jako gej-artysta-prostytut. To jedyna osoba z odpowiednią ilością dystansu do świata, żeby znieść Sarę i towarzyszący jej życiu chaos. Jego angielski akcent i przerysowana homoseksualna maniera są urzekające, ale nie karykaturalne. A kiedy przed Felixem pojawiają się problemy, w których musi zrezygnować ze swojego dystansu, widzimy skonfliktowanego, opuszczonego przez rodziców chłopca, kryjącego się za grubą artystowską maską.

Serial przy okazji wykonuje ważną, nienachalną proemancypacyjną robotę. Jeden z klonów jest lesbijką. To co prawda uderza w twierdzenia o genetycznym podłożu homoseksualizmu, ale pokazuje ten wybór jako coś tak oczywistego i naturalnego, że nikt nie zastanawia się nad podłożem.

Jeden z moich znajomych napisał ostatnio na swoim blogu, że lubi rzeczy, które proponują coś nowego, nawet jeśli nie są wolne od usterek; woli je od po raz kolejny przerabianego i dopieszczanego do perfekcji, wciąż tego samego, archetypu. Muszę się z nim zgodzić, a jako że odcinki „Orphan Black” połyka się niezwykle wręcz łatwo, to tym chętniej wybaczam twórcom wszelkie małe grzeszki. Bo całość, oprócz tego, że dobrze się ogląda, to stanowi fantastyczny powiew świeżości.

Mateusz Myślicki

Advertisements