Sherlock Holmes i Steven Moffat

Jak bardzo przereklamowany jest “Sherlock”? To pytanie, które zadają sobie chyba wszyscy. Ta grupa ludzi, która serial widziała i jej się spodobał, zastanawia się, czy nie zostali omamieni, bo inni, którzy też go widzieli, twierdzą, że: Cumberbatch zupełnie nie umie grać, fabuła odcinka X w serii Y była zupełnie bez sensu, a w ogóle to cały serial jest kompletnie nierealny. To znowu ci, którzy go nie widzieli zastanawiają się, czy warto się w ogóle za niego brać. Istotny problem. Tym bardziej, że właśnie wchodzi na ekrany 4. seria. W UK została wyemitowana zaraz na początku roku, a w Polsce krótko po tym. W niedzielę, 8 stycznia 2017 r. zostanie wyemitowany drugi odcinek.

Sam zaliczałem się do tych, którym serial bardzo przypadł do gustu, a oglądałem on the go, czyli bezpośrednio po ukazywaniu się kolejnych odcinków. Po latach, zastanawiając się nad „przereklamowaniem” i nawet odświeżając sobie parę odcinków, zrozumiałem dlaczego jednak lubię tę serię. Otóż jestem wyznawcą Stevena Moffata, twórcy „Sherlocka”. Pozwólcie, że, zanim przejdę dalej, powiem parę słów o tym niezwykłym brytyjskim scenarzyście. Zaczynał od sitcomów i seriali opartych na własnych doświadczeniach – w pracy nauczyciela i z dwóch nieudanych związków. Stał się jednak sławny, kiedy zaangażował się w reaktywację show (w 2005 r.), którego, jak twierdzi, był największym długoletnim fanem – „Doktora Who”. Uważa się, i ja się z tym zdaniem zgadzam, że jedne z najciekawszych odcinków w czterech pierwszych współczesnych seriach, są jego autorstwa, w tym przerażający „Blink”. Producenci najwyraźniej też podzielali ten pogląd, bo od 2010 r. powierzyli Moffatowi opiekę nad serią. Nadał jej rozmach, dodał amerykańskiego sznytu, dynamizując akcję, ale zachowując magię, a jednocześnie dalej uczestniczył w pisaniu części scenariuszy, odpowiadając za jedne z najlepszych odcinków kolejnych sezonów.

matt_smith-doctor
11. Doktor grany przez Matta Smitha to także kreacja Stevena Moffata i nietrudno w nim znaleźć podobieństwa do “Sherlocka”.

Ale to nie jest recenzja „Doktora Who”. Moffat bowiem w 2010 r. w duecie z Markiem Gatissem stworzył, podobno dla odpoczynku od „Doktora”, właśnie uwspółcześnioną wersję „Sherlocka”. Jeśli jeszcze jej nie widzieliście, to warto wiedzieć, że została ona skonstruowana w typowy dla BBC sposób. Kolejne sezony są krótkie, składają się z trzech lub z czterech, ale za to pełnometrażowych (100-110 min.), odcinków. To, moim zdaniem, Sherlockowi bardzo służy, bo daje scenarzystom czas na zbudowanie skomplikowanej fabuły, koniecznej w dobrym serialu detektywistycznym. A w tym Moffat jest mistrzem – skomplikowana, rozbudowana intryga, zaskakujące zwroty akcji, nieprawdopodobne rozwiązania. I genialny protagonista – który z niezwykłą inteligencją, i w wielkim stylu, przechytrza swoich przeciwników. Oto specjalność Moffata. I recepta na sukces – bohater, który może wszystko, zaplątany w najbardziej nieprawdopodobną intrygę, często kończącą się cliffhangerem. Twórca Sherlocka i Doktora dostał za to nawet swoje własne hasło w popularnym Urban Dictionary. To zapewne zirytuje wielu i przyciągnie resztę – Sherlock, podobnie jak Doktor, nie może okazać się głupszy od swojego przeciwnika, nie może zostać przechytrzony. Ostatecznie, nie może przegrać.

moriarty
Moriarty

Jak nie zanudzić taką postacią? Sherlock jest niezwykle arogancki, więc jego tarcia z innymi bohaterami dostarczają wiele humoru sytuacyjnego. Prawdziwa akcja rozpoczyna się jednak, kiedy spotyka kogoś, kto sprawia jego intelektowi kłopot. Kilka takich postaci, wykreowanych zresztą przez Arthura Conana Doyle’a, twórcę oryginalnego Sherlocka Holmesa, napotka: Irene Adler – kochankę, która nie znudzi go po dwóch minutach, Moriarty’ego, równie genialnego jak on profesora–przestępcę, Mycrofta, brata Sherlocka, który jest od niego dużo inteligentniejszy, ale jest też leniwy. Przy czym Moffat zupełnie nie przejmuje się literackim pierwowzorem postaci – Mycroft wcale nie jest leniwy, Moriarty nie jest profesorem, a Irene, cóż, sami zobaczcie. To chyba największa zasługa twórcy serialu – nie trzyma się pierwowzoru z XIX w., który nigdy nie był arcydziełem, a jeszcze się zestarzał. Moffat bawi się konwencją a stworzone przez siebie postacie wprowadza do akcji, jak mu wygodnie – Mycroft pojawia się, kiedy wydaje nam się, że nikogo bardziej genialnego od Sherlocka nie spotkamy, Moriarty, kiedy wydaje się, że Sherlock się nudzi i że może rozwiązać każdą zbrodnię.

sherlock-and-watson
Sherlock i Watson nie mogliby się bardziej różnić – wyglądem i charakterem.

Czasami też z tarapatów wyciąga Holmesa wierny i niezwykle trzeźwo myślący Watson. To on ratuje go, kiedy genialny umierający morderca, który nie ma nic do stracenia, prawie namawia go do zażycia trucizny, wciągając w niemożliwy logiczny węzeł. To on stabilizuje jego rzeczywistość i wyciąga z regularnego zażywania narkotyków. I to właśnie dynamika dwóch głównych bohaterów jest największym atutem serii – Benedict Cumberbacth i Martin Freeman doskonale się uzupełniają, choć nie mogliby być bardziej różni. Pierwszy, o egzotycznym wyglądzie, dla żartu porównywany czasem do kosmity, drugi tak zwyczajny, że spotkawszy go, zaraz byśmy zapomnieli, jak wygląda. I takie są ich charaktery: obdarzony nieziemskim intelektem Sherlock i z pozoru zwyczajny Watson, za to niezwykły w staromodnej prawości i lojalności. Łączy ich tylko miłość do przygód. A z niej i wielu uzupełniających się różnic, wykuwa się prawdziwa przyjaźń.

Czy więc “Sherlock” jako serial jest odrealniony i przesadzony? Czy zdarzają się w nim rozwiązania z pozoru pozbawione logiki? Z pewnością – taki jest już sposób działania Moffata. Ale w zamian dostajemy dobrze zbudowanych bohaterów, z którymi można przeżyć niezwykłe przygody. Ja się na kolejne trzy bardzo chętnie piszę.

Mateusz Myślicki

tl;dr:

Ocena: 4 z dużym plusem

Plusy:

  • dynamika tworząca się między głównymi bohaterami;
  • dobrze skonstruowane, wyraziste postacie drugoplanowe;
  • pędząca do przodu akcja, pełna zwrotów i niespodzianek;
  • dobre zagadki kryminalne.

Minusy:

  • bardziej konserwatywnym widzom może wydawać się nielogiczny i odrealniony.
Advertisements

Wsi angielska, wsi niespokojna – “Broadchurch”

Moje angielskie skojarzenia: Królowa; funty; przyjaźni ludzie; ale dużo samotności; okropne jedzenie; English Breakfast; deszcz, dużo deszczu; surowe wybrzeże; język, który kocham. I seriale, które kocham równie mocno. Jeśli cokolwiek z angielskiej telewizji już przedostaje się do świata, to zawsze okazuje się bardzo, bardzo dobre i nie pozwala odejść od ekranu: Sherlock, Luther, Midsommer Murders, Doctor Who, Utopia, The Fall. Jest też oczywiście Black Mirror (choć ja, bardzo przepraszam, cenię sobie tylko pierwszy odcinek). No i jest oczywiście Broadchurch.

To serial bolesny, ale świetnie opowiedziany i wciągający jak czarna dziura.

Broadchurch - miasteczko.
Angielskie miasteczko Broadchurch jest równoprawnym bohaterem serialu

W małym nadmorskim miasteczku ginie jedenastoletni Danny Latimer. Wygląda to na samobójstwo. Jego rodzina jest w szoku, śmierć ich syna zamieni się w obsesję. Tymczasem z wakacji wraca detektyw Ellie Miller, żeby dowiedzieć się, że awans, którego się spodziewała, dostał Alec Hardy, przyjezdny. Wścieka się, tym bardziej, że Alec jest antypatyczny i arogancki i wydaje się wszystkich traktować z góry. Ellie wytchnienie znajduje w szczęśliwym domu, przy boku kochającego męża. Alec zaś, wyobcowany, wchodzi w niejasną relację z piękną, ale bardzo samotną właścicielką zajazdu, w którym się zatrzymał. Jest też pastor, nieszczęśliwy człowiek. I młody entuzjastyczny dziennikarz, dający się uwieść trochę starszej, bardzo atrakcyjnej koleżance po fachu z większego miasta. Brzmi trochę jak telenowela? A ogląda się tak, jak czyta najlepsze powieści. Angielskie miasteczko Broadchurch jest niewielkie, ale twórcy wypełnili je fascynującymi charakterami. Na styku ich osobowości, temeperamentów i losów śledzimy jedną z najlepszych historii, które dostępne są na małym czy dużym ekranie w ciągu ostatnich lat.

Oczywiście problem z rekomendowaniem dobrej historii jest taki, że mogę tylko powiedzieć, że jest naprawdę dobra. Nie mogę nic z niej zdradzić, bo zepsułbym całą zabawę. Mogę powiedzieć, że warto czekać na rozwiązanie zagadki, ale nie mogę zdradzić, dlaczego wgniecie Was w fotele, rozedrze dusze i zmusi do powiedzenia sobie: „Nie, świat nie jest taki.” Nie mogę opowiedzieć nic o fabule, której, choć wydaje się spokojnie, sennie, płynąć, rozwiązania absolutnie się nie spodziewacie.

Doctor Who - Tennant
David Tennant w swojej najsłynniejszej roli – wszechpotężnego Doktora Who.

Mogę Wam coś powiedzieć o paru innych rzeczach. Zacznijmy od aktorów. Błyszczy wśród nich David Tennant, zgorzkniały Alec Hardy, aktor, którego cała Wielka Brytania zna z roli nieustraszonego, wszechpotężnego i wiecznie optymistycznego Doktora Who. Tu podjął się roli zupełnie odwrotnej. Co może sprawiać odbiorcy problemy. Aktorzy, który zagrali role serialowe czy seryjne tak charakterystyczne, mają często problem z przekonaniem widzów, że nie są już Harrym Potterem czy Doktorem Who. Ten problem jakby Tennanta nie dotyczył. Mimo że jestem psychofanem Doktora, to już w połowie pierwszego odcinka zapomniałem, że to ten sam człowiek. Na początku postać nas irytuje. „Dlaczego jesteś takim dupkiem, stary?”, pytamy. Na koniec chcemy to odszczekać, kiedy już Tennant opowie nam historię Aleca: historię zdrady, historię niezawinionej porażki i historię choroby.

Broadchurch Tennant 2
I zupełnie inny Tennant – zmęczony, cyniczny Alec Hardy z Broadchurch.

Alec jest postacią tragiczną, a takich w serialach ostatnio jak na lekarstwo. Zbyt dużo popkulturowej papki, za mało głębi. Brak utalentowanych scenarzystów.

Tennantowi partneruje Olivia Colman jako Ellie Miller. Jest zmęczoną gliną z małego miasteczka. W średnim wieku, ze swoimi problemami i frustracjami. Wydaje się tak różna od Aleca Hardy’ego, a jednocześnie tak przy nim zwyczajna, że na początku sądzimy, że będzie tylko tłem. Ale dynamika pomiędzy nimi, zawiązująca się więź, w której podstawy ani przez chwilę nie wątpimy, jest bardzo naturalna i zajmująca. No i Ellie też będzie miała swoją wielką historię.

Jest jeszcze jedno, coś, co w angielskich serialach bardzo mi odpowiada – aktorzy z Wysp nie wyglądają jak Ken i Barbie. Albo jak David Hasselhof i Pamela Anderson. Mają nadwagę, mają zmarszczki, nie są piękni, są tacy, jak my – zwykli ludzie z małego miasteczka skonfrontowani z olbrzymią tragedią, która okazuje się okropną zbrodnią. Razem z wyborem lokacji i koszmarną angielską pogodą, tworzy to drugą bardzo silną stronę serialu – scenerię i klimat. Po pięciu latach od opuszczenia Anglii, w której chwilę żyłem, poczułem się, jakbym tam wrócił. Wszystkie te angielskie skojarzenia ze wstępu od razu do mnie wróciły. Wydaje się oczywiste, że Broadchurch to po prostu prawdziwe miejsce na Ziemi. Nie mamy żadnego problemu, żeby od razu się tam przenieść i uczestniczyć z bohaterami w ich troskach, tragediach i frustracjach. Przeżywamy historię tym głębiej. Razem z jej tragicznym zakończeniem, które łamie nam serca.

Mateusz Myślicki