Placek trochę przypalony, ale pyszny – „Amerykańscy bogowie”

Neil Gaiman – mistrz popkultury z Londynu

Pamiętacie, jak kiedyś zacząłem serię „Pisarze piszą seriale”? Opowiadałem w niej o literackich inspiracjach serialowych („Człowiek z Wysokiego Zamku”) albo znanych autorach tworzących oryginalne scenariusze (jak Jo Nesbo do doskonałego norweskiego „Okkupert”).

Seria wydała mi się trochę zbyt wydumana, więc ją porzuciłem, ale nie mogłem o niej nie wspomnieć pisząc o serialu, który dziś chciałem przybliżyć. O serialu, który mnie poważnie zirytował, zaciekawił, a potem zachwycił. W takiej kolejności.

O serialu o intrygującym tytule: „Amerykańscy Bogowie”. Tytule, który od dawna dobrze znałem, bo książkę o takim samym tytule napisał Neil Gaiman. To dobre wieści, bo Gaiman ma smykałkę do tworzenia udanej popkultury. Jest autorem wybitnej serii komiksowej „Sandman”, tworzył scenariusze do odcinków „Doctora Who” i pisał nawet teksty na okładki płyt muzycznych. Poza tym jest poczytnym pisarzem specjalizującym się w dość miękkim fantasy.

neilgaiman1.0.jpg
Książki Gaimana zawsze dobrze czyta się na głos. Dba o tempo i melodię swoich opowieści w równym stopniu jak o ciekawą akcję i dobrze skrojone postacie.

Nowi kontra starzy. Bogowie znaczy się.

Bardzo lubię jego opowiadania, ale akurat „Amerykańskich Bogów” (powieść) uważam za książkę dość nieudaną. Oparta jest na dobrym pomyśle (przeniesionym później do serialu): w Ameryce spotykają się starzy bogowie przywiezieni tam przez ludzi z różnych kultur,, jak Irlandczycy, Latynosi czy czarni mieszkańcy Afryki – ludzi z tych kultur, które tworzyły Stany, z bogami nowymi: Internetu, autostrad, telewizji. Konflikt wisi w powietrzu. Tyle, jeśli chodzi o tło. Akcja zaś zawiązuje się, kiedy spotykamy wychodzącego z więzienia Cienia (to imię, Cień jest człowiekiem). Właśnie tragicznie zmarła mu żona i czeka go bardzo przykra informacja na temat okoliczności tej śmierci. Dodatkowo na swojej drodze spotyka tajemniczego Pana Wednesdaya, który proponuje mu pracę. Zaczyna się niesamowita wycieczka po świecie amerykańskich wierzeń, a właściwie ich popkulturowych odwzorowań. Dlaczego więc książkę niebyt lubię? Bo się rozłazi, Gaimanowi nie udaje się utrzymać tempa – opowieść staje się przegadana i po prostu nudna. Szczególnie w porównaniu do opowiadań londyńczyka, które są często małymi majstersztykami.

Serial jako gatunek rządzi się jednak swoim prawami, co pokazała choćby świetna „Gra o tron” inspirowana przeciętna sagą G.R.R. Martina. Zresztą w książkach Martina i Gaimana zawodzą podobne elementy: źle poprowadzone jest tempo opowieści – nie płyną one samoistnie, tak jak powinny dobre gawędy. Obfitują w dłużyzny i niepotrzebne zawieszenia akcji. Obydwa seriale doskonale sobie z tym radzą. W serialu sceny są krótsze, przeskakiwanie między wątkami naturalniejsze i łatwiejsze. Z główną wadą powieści Gaimana ekranizacja łatwo sobie radzi.

american-gods-featured-ian-mcshane
Wednesday, który jest motorem opowieści wydaje się melancholijnym starszym panem. I, jak każdy wytrawny oszust, jest w tym bardzo przekonujący. Za maską kryje się niebezpieczny bóg.

A zachowuje niezwykły klimat, znak rozpoznawczy pisarza – połączenie codzienności z niesamowitością. W zwykłym amerykańskim życiu pojawiają się bogowie. I często nie ma w nich zbyt wiele niezwykłości, bo bogowie żywią się wiarą swoich wyznawców. A tej zachodni świat ma duży deficyt. Dawny słowiański bóg śmierci pracuje więc w rzeźni masowo zabijając krowy. I nie może tego już nawet robić swoim wielkim ociekającym krwią młotem, bo technologia poszła do przodu. Anubis prowadzi zakład pogrzebowy specjalizujący się w preparowaniu zwłok, od czasu do czasu przeprowadzając jeszcze ludzi dawnej wiary do tamtego świata. A Wednesday… Nie, nie zdradzę Wam, co kryje się za poczciwą twarzą Wednesdaya.

Dużo lepiej radzą sobie nowi bogowie, którzy czasem nawet rekrutują starych, dostarczając im nowych sposobów zdobywania wyznawców. Tinder dla bogini miłości? Fabryka amunicji dla boga ognia? Proszę bardzo. W zamian chcą tylko wdzięczności i lojalności.

peter-stormare-as-czernobog-in-american-gods-episode-2-the-secret-of-spoons.jpeg
Peter Stormare gra Czernoboga, zapomnianego boga śmierci, któremu pozostało uśmiercanie krów.

Powolna acz niezwykła opowieść o Cieniu i Wednesdayu

Pierwsza seria nie skupia się jednak jeszcze na konflikcie starych bóstw z nowymi, choć pomruki tej burzy słychać już dobrze na horyzoncie. Serial wdraża nas na razie w życie Cienia i jego martwej żony. I kiedy oglądałem tę historię, to pojawiła się wspomniana przeze mnie na początku irytacja. Bo opowieść o Cieniu, jego żonie Laurze, Wednesdayu, poplecznikach i przeciwnikach Wednesdaya toczy się w bardzo specyficznym tempie i obrazowana jest w niezwykły sposób. Na porządku dziennym są długie ujęcia, ostra muzyka i przedłużone sceny, gdzie kamerzysta skupia się na estetyce obrazu a nie na akcji. Irytowałem się, bo wiedziałem, że można te rzeczy opowiedzieć dwa razy krócej, ale wiedziałem, że z czymś mi się to dobrze kojarzy.

fellati-hell-no-american-gods-creator-neil-gaiman-asked-bryan-fuller-to-cut-a-graveyard-blowjob-scene-because-ew
Serial ma specyficzną niespieszną atmosferę, która w swojej stylistyce kojarzy się z innym dziełem Briana Fullera – Hannibalem.

I wtedy sprawdziłem, że twórcą serialu jest Brian Fuller, który na koncie ma także “Hannibala”. Długie ujęcia, duża rola szokującej muzyki, epatowanie brzydotą (ale także wysmakowaną estetyką w scenach z samym Hannibalem), to znaki firmowe Hannibala. Jeśli widzieliście ten serial to w „Amerykańskich Bogach” poczujecie się… no właśnie, niekoniecznie „jak u siebie”, ale jak w znajomej okolicy raczej. Bo mimo wszystko nowe dzieło Fullera nie jest tak mroczne jak jego poprzedni serial. Dużo większą rolę odgrywają ciekawe opowieści goniące jedna drugą. A to na pewno z kolei zasługa Gaimana, który uwielbia taką strukturę szkatułkową, gdzie nagle w głównym nurcie opowieści natrafiamy na małą skrzyneczkę i po jej otwarciu gapimy się przez paręnaście minut, czy nawet pół odcinka, tylko na to,co znajduje się w środku.

Kiedy to zrozumiałem, irytacja ustąpiła miejsca zaciekawieniu. I jestem niemal pewien, że większość widzów trafi na podobną barierę przy tym serialu. Do tego będzie widzów irytować to, że Ricky Whittle jako Cień taki niejaki, niewyraźny, mało mówi, cały czas ma jedną minę, jakby był w szoku. Ale uwierzcie mi, to służy konstrukcji postaci. No bo czyż nie bylibyście w szoku na jego miejscu? Gdyby to nagle stało się z waszym życiem? Bogowie chodzący po świecie i przemeblowujący Wasze życie.

Za to pozostali aktorzy: Emily Browning jako Laura, czyli martwa żona Cienia, Pablo Schreiber jako Mad Sweney, Gillian Anderson jako Media, Peter Stormare jako Czernobog i przede wszystkim Ian McShane jako Wednesday dają niezły popis gry aktorskiej. Dynamika i napięcie między bogami jest dużo lepsze niż w książce.

„Amerykańscy Bogowie” są serialem trochę dziwnym. Szeroko i intensywnie reklamowanym. I reklamowanym trochę błędnie – jako niezwykle dynamiczne, dziwaczne cudeńko. A dostajemy dzieło, przez które początkowo trzeba się przedrzeć, które z wierzchu jest trochę brzydkie, trudne, jak przypalony placek skrywający jednak w środku niezwykłe smaki. Tam jest ta cała smakowita dziwność. Trzeba się tylko wgryźć.

Mateusz Myślicki

Advertisements

Kłopot z Harrym Potterem

„Mam 33 lata i nigdy nie czytałem Harry’ego Pottera” brzmi jak wyznanie ze spotkania anonimowych ignorantów. Tym bardziej kiedy „siedzi się” w całym tym półświatku fantasy, geeków, nerdów, graczy, RPG-owców i miłośników planszówek. No jakoś nigdy wcześniej nie było czasu. Był Tolkien, nieudane podejście do „Opowieści z Narnii”, Dukaj, Ziemiański, Grzędowicz, nawet Piekara i Pilipiuk i dziesiątki innych. Potter jakiś taki zbyt mainstreamowy był.

Przyszedł jednak i ten moment. Końcówka roku stała pod znakiem powrotu do uniwersum Pottera. „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć” weszły niedawno do kin, a księgarnie zalała żółta fala egzemplarzy „Harry’ego Pottera i Przeklętego Dziecka”. To dobry moment, żeby przeczytać wreszcie sagę o Potterze, pomyślałem. I tak zrobiłem.

Recenzja skażona czasem i memami

Kiedy ogłosiłem swój zamiar w kręgu znajomych, wiele osób wydawało się bardziej podekscytowanych tym faktem niż ja sam. „Wow, przeżyjesz fantastyczną przygodę”, „ale ci zazdroszczę, że to jeszcze przed tobą”, „też bym chciała jeszcze raz”. To były opinie osób, których gust książkowy sobie ceniłem, więc byłem dobrej myśli. Były to też bez wyjątku opinie osób o dobrych kilka lat młodszych ode mnie. I to okaże się kluczowe. Bo saga o Harrym Potterze okazała się być lekturą miejscami żmudną i nużącą. I, prawdę powiedziawszy, po odłożeniu siódmej części na stolik nocny trochę odetchnąłem. Nie tęsknię szczególnie za młodym czarodziejem z potarganymi włosami.

Ale od początku.

To będzie dziwna recenzja, bo nikomu nie trzeba szczególnie tłumaczyć, o czym jej przedmiot traktuje. Wszyscy wiedzą, że Harry jest chłopcem – czarodziejem, wszyscy wiedzą, że przeżył swoją młodość raczej niezbyt szczęśliwie w domu wujostwa mugoli (czyli nie-czarodziejów), którzy, delikatnie mówiąc, za nim nie przepadali. I wszyscy wiedzą, że kiedy go spotykamy, jego życie się odmienia. Trafia do magicznej szkoły Hogwart, gdzie poznaje dwoje wiernych przyjaciół: Hermionę Granger i Rona Weasleya, z którymi przeżywa wiele niesamowitych przygód. Wszyscy wiedzą, że dyrektorem szkoły jest Albus Dumbledore, a jednym z nauczycieli, pałający czystą nienawiścią do Harry’ego, Severus Snape. Śmiertelnym wrogiem Harry’ego zaś jest Voldemort.

snape-meme
Jeden z memów z Severusem Snapem, który akurat NIE zdradzi wam ważnego elementu fabuły. Niestety takich, które zdradzą, też jest dużo.

I wszyscy wiedzą, że… no właśnie. Zaczynamy czytać książkę, o której naprawdę wiele już wiemy. W dobie mediów społecznościowych człowiek co chwilę potyka się w swoich wycieczkach po Internecie o memy. Dowiemy się z nich, jaki będzie ostatecznie los Dumbledora i co naprawdę kierowało Severusem Snapem. Poznamy, mniej więcej, jak będą rozwijać się romantyczne relacje bohaterów. A być może dowiemy się też rzeczy bardziej szczegółowych: co jest ostatnim Horcruxem, kto zostanie żoną Harry’ego. I jak kończy się całość.

Dotychczasowa ogromna popularność sagi o Potterze jest więc problematyczna. Żeby mieć szansę przeczytać książki bez zespoilowania ich sobie przypadkiem, trzeba by chyba żyć w domku w lesie, bez Internetu. Można też być bardzo zdeterminowanym i ustawić jakąś formę blokady internetowej na każdy mem związany z Potterem. Inaczej będziemy wiedzieć wiele rzeczy już przed lekturą. I choć nie jest to wina autorki, to wpływa na przyjemność z lektury. Bo każdy chyba przyzna, że los Dumbledora czy historia i motywacje Snape’a są prawdziwymi gwoździami programu i wiedza o nich znacznie obniża przyjemność czytania.

Ten pierwszy kłopot nie wynika z winy autorki. Ale są też inne. I tu już wina leży po stronie Rowling.

Dłużyzny, czyli czy naprawdę potrzebujemy 3000 stron

Kiedy bierzemy do ręki pierwszą część serii „Harry Potter and the Philosopher’s Stone” (czytałem po angielsku, podaję angielskie tytuły), okazuje się ona mieć 330 stron. Podobnie druga: „… and the Chamber of Secrets”. Od trzeciej tendencja wzrostowa w liczbie stron jest stała, aż do 800 stron części piątej „… and the Order of the Phoenix”. Części piątej, w moim głębokim przekonaniu, najgorszej. Gdybym nie powiedział sobie, że serię przeczytam do końca, trochę z poczucia obowiązku, a trochę, bo miałem pomysł na napisanie tej recenzji po latach już w głowie, prawdopodobnie w tym momencie książkę bym odłożył i nigdy do niej nie wrócił.

Tu objawia się główny problem serii. Książka zaczyna się nieźle. Harry, pozostawiony sam sobie, czeka na jakiekolwiek informacje od członków tytułowego Zakonu Feniksa, organizacji czarodziejów walczących z demonicznym Voldemortem. Dobrze budowane jest napięcie i oddane irytacja, zagubienie oraz strach opuszczonego nastoletniego chłopca; dobrze rozegrane wydarzenia, które w końcu go z członkami Zakonu jednoczą. Rowling zaostrza nasze apetyty na naładowaną akcję, bardziej mroczną niż poprzednie, część. Nareszcie!

_VON7582a.jpg
Hogwart – miejsce, gdzie w książkach spędzimy zdecydowanie za dużo czasu.

I wtedy trafiamy do Hogwartu. I z książką zaczyna dziać się to, co dla dorosłego czytelnika musi być najsłabszą stroną serii. Przez 500 stron autorka opisuje, PO RAZ PIĄTY, codzienne życie szkoły, relacje między uczniami, magiczne zajęcia, turnieje Quidditcha – wyjątkowo skomplikowanej dyscypliny sportu uprawianej przez czarodziejów latających na miotłach. Jednocześnie obserwujemy niepokojące zmiany w szkole, opanowywanej przez koszmarną czarownicę, nudną i okrutną, ropuchopodobną Dolores Umbridge. Jest ona całkowitym przeciwieństwem dotychczasowego pryncypała szkoły, obdarzonego wielką wyobraźnią, ale też wiarą w ludzi, profesora Dumbledore’a.

Sam ten proces jest intrygujący i warto przyglądać mu się z bliska. Ale przynajmniej 400 z 800 stron jest niepotrzebnych, bo nie posuwa akcji do przodu ani nie podaje nowych informacji. Bo o ile opis magicznych aktywności na lekcjach w pierwszych dwóch tomach serii był tym, co mnie do niej przyciągnęło, o tyle w kolejnych już po prostu nuży. A autorka wraca do szkoły i do opisu mniej więcej tych samych aktywności w każdej części. W tych momentach czułem się jakbym oglądał serial o nastoletnich czarodziejach, gdzie twórcy mieli fajny pomysł na pierwszą i drugą serię, a potem zostały im już tylko pomysły na rozpoczęcia i zakończenia serii, za to środkowe części wypełniali tym samym, lekko zmodyfikowanym materiałem…

harry-potter-5th-book
5 część serii “Harry Potter and the Order of the Phoenix” znużyła mnie na tyle, że prawie przerwałem przy niej czytanie.

„Ale ta książka ze mną dorastała”, czyli problem z Hogwartem

… i tu dochodzimy do głównej słabości sagi, która była zapewne jej kiedyś największym atutem. Oczami wyobraźni widzę, jak duża część moich czytelników oburza się, czytając krytykę „nużącego” wracania do Hogwartu. „Ale przecież o to chodzi”, „Hogwart był najlepszy”, „czekałam na kolejną część tylko po to, żeby znowu wrócić do Hogwartu”, „to był mój kolejny dom”,

ale ja

z tą książką

dorastałem!”

Tak, ja to rozumiem, ale moim zdaniem z tego wynika masę problemów serii o Potterze. Poszczególne tomy ukazywały się w latach: 1997, 1998, 1999, 2000, 2003, 2005 i 2007. Czyli jeśli jesteście z roczników od połowy lat 80. do połowy lat 90., to urodziliście się w doskonałym momencie, żeby z tą serią dorastać. Rowling bowiem doskonale przewidziała zapotrzebowanie młodzieży i zróżnicowała treść tak, żeby 1. część była odpowiednia dla 10-12–latka, a ostatnią czy przedostatnią z przyjemnością mógł czytać człowiek młody, choć już dorosły.

Pisarka stara się też, żeby czytelnicy wracający do lektury czuli się jak u siebie. Mamy, jako ludzie, taki mechanizm, że lubimy i dobrze czujemy się w miejscach i sytuacjach znajomych. Jest bezpiecznie. Jest swojsko. Hogwart jest swojski. Zwróćcie uwagę, że to zagrożenie zniszczenia Hogwartu w ostatniej części wydaje się jedną z bardziej szokujących rzeczy.

Ale mechanizm swojskości działa tylko wtedy, gdy do książki wracamy co parę lat. Rowling ma nawet irytujący zwyczaj powtarzania znanych nam faktów w kolejnych częściach, na wypadek, gdyby czytelnik, wracający po roku czy trzech, zapomniał. To wszystko powoduje, że seria o Potterze, jako jedna długa opowieść, bywa żmudna i nudna.

Żeby więc docenić w całości tę serię, musiałbym spełnić dwa warunki: być odcięty od Internetu, żeby nie znać kluczowych dla fabuły wydarzeń, i narzucić sobie od początku reżim czytania jednej książki na rok, prawdopodobnie przed 5. i 6. powinienem dać sobie dwa lata. To warunki, jak widzicie, dość absurdalne. A dla czytelników „dziewiczych”, tych, którzy czytali książkę, gdy kolejne części wychodziły, z góry spełnione.

Beczułka dziegciu, beczułka miodu

To nie znaczy, że uważam tę serię za nieudaną. Rowling bardzo dobrze maluje świat czarodziejskiej Anglii. Opisy są plastyczne i bez trudu przenoszą w fikcyjne miejsca. Jednocześnie świat czarodziejów jest na tyle bliski naszemu, że bardzo łatwo zrobić jeden krok w „tamtą” stronę i zobaczyć panią Weasley „robiącą” obiad: rzuca zaklęcie na noże, by kroiły warzywa, następnie jednym machnięciem różdżki sprawia, że składniki przelatują do garnków, pod którymi ogień zapala się automatycznie (choć to ostatnie już nie takie magiczne dziś). To nie tak odległe od tego co znamy, jak lembasy, orki i wysokie elfy.

the-burrow
The Burrow – magiczny dom rodziny Weasleyów.

Czarodzieje i ich świat nie różnią się od nas tak bardzo, a jednocześnie są świetnie odmalowani – wszystkie pierwszo- i drugoplanowe postacie mają swoje wyraźne cechy charakteru, motywacje, temperamenty, nadzieje, tęsknoty oraz obawy.

Najmocniejszą stroną książki są dobrze stworzone główne postacie. Chętnie utożsamiamy się z upartym i szlachetnym Harrym, mądrą, ostrożną Hermioną czy obrażalskim, ale lojalnym Ronem. Z przyjemnością śledzimy proces dojrzewania Neville’a; łatwo nam także zrozumieć odrealnioną Lunę, która przede wszystkim pragnie przyjaźni. Dziwimy się, że za błazeństwami Freda i George’a Weasleyów stoi strach przed powieleniem biedy panującej w domu. Zawsze trochę rozluźnia nas pojawienie się Hagrida – olbrzyma o gołębim sercu. A na koniec wstrząsa nami historia Severusa Snape’a (jeśli, jakimś cudem, nie poznaliśmy jej wcześniej w memach).

harry-potter-hermione-and-ron
Hermione Granger, Ron Weasley, Harry Potter. Trójka głównych bohaterów jest bardzo dobrze odmalowana.

Tak, Rowling postacie umie tworzyć bardzo dobrze (może poza „plastikowym” Albusem Dumbledorem, ale to jedno potknięcie). Potrafi też malować miejsca i krajobrazy. Ręka w górę, kto wyobrażał sobie przed snem wycieczki po Hogwarcie śladami Harry’ego; kto nie bał się lasu położonego obok Hogwartu; kto nie rozumiał dobrze Harry’ego, gdy tak strasznie chciał wyrwać się z nudnego Privet Drive.

Rozumiem też, że w opowieściach o Harrym Potterze pociąga swoista miękkość zawartej w nich fantastyki. Choć jest to świat w całości magiczny, to jest to jednocześnie świat obok, a nie jakieś mityczne Śródziemie albo „a galaxy far far away”. Świat, który może, przy dużej dawce szczęścia, i gdyby bardzo mocno w niego uwierzyć, mógłby istnieć. O którym moglibyśmy nie wiedzieć, bo przecież czarodzieje nie chcieliby, żebyśmy się dowiedzieli. Pomarzyć zawsze dobrze, prawda?

To nie jest też tak, że Rowling nie umie konstruować akcji. W szóstej i siódmej części sagi akcja poprowadzona jest w miarę sprawnie i wciąga. Zakończenie też jest całkiem niezłe i, choć momentami naciągane, to jednak sensowne i zadowalające, a nawet zaskakujące. Niestety, przez większą część z 3000 stron Rowling sama stopuje akcję. Zmusza nas do powrotu do szkoły czarodziejów, gdzie spędziliśmy właśnie 200/300/500 stron z poprzednią książką, którą właśnie odłożyliśmy na stolik nocny. Sięgając po kolejną. I zmusza nas, byśmy tam siedzieli, oglądając nudny serial o dzieciach-czarodziejach i ich problemach. O których w większości czytaliśmy w poprzedniej serii. Tylko dlatego, że chciała stworzyć książkę, do której co rok wracały dzieci, często nienawykłe do czytania (znałem ludzi, którzy czytali w życiu tylko Harry’ego Pottera). Największą siłą tej serii jest to, że tak łatwo się do niej wraca. Że swoim leniwym tempem nie zmusza nas do specjalnego wysiłku, dając szansę na zaciekawienie czytaniem osób do niego nienawykłych. Jest to też jej największą słabością.

Mateusz Myślicki

Głęboki mrok tuneli – “Metro 2033”

Ktoś się mnie zapytał ostatnio, czy warto przeczytać „Metro 2033” Dmitrija Glukhowskiego. Tak, warto, choć może się to skończyć nieodwracalną utratą resztek wiary w ludzkość.

Dmitrij Glukhowski jest człowiekiem, w którego duszy mieszka mrok. A przynajmniej tak o nim świadczy jego twórczość. Weźmy choćby przestrzeń, którą kreuje. Obie jego powieści, które przeczytałem, „Metro 2033” i „Futu.re”, mimo że rozgrywane w zupełnie innych miejscach – jedna w, funkcjonalnie, wielkim bunkrze, druga w sięgających chmur wieżowcach, pełne są szarych, odczłowieczonych przestrzeni. Nie ma w nich koloru. Życie, które je zamieszkuje, jest albo wypaczone albo skarlałe, a wszelka nadzieja na zmianę i lepszą przyszłość zniknęła już dawno. Witajcie w duchowej pustce, wydaje się mówić do nas autor.

Z kolei sytuacje, w jakich spotykamy bohaterów, opisałbym jako nabrzmiałe. Jak czyrak albo guz, z którymi wiedzą, że muszą żyć, ale które nie dają nadziei na poprawę w przyszłości, bo przeciąć je, to właściwie pewna śmierć. Kolokwialnie mówiąc: są w niezłej dupie. Jak Artem, bohater „Metra 2033”. Artem prawie całe życie spędził pod ziemią, nie widząc słońca ani nieba. Świat Artema jest światem post-atomowym. Nikt już nie pamięta, co dokładnie się stało, ale ktoś, Amerykanin bądź Rosjanin, wydał rozkaz i poleciały rakiety z głowicami atomowymi. Druga strona, Amerykanie lub Rosjanie, wystrzelili swoje rakiety w odwecie. Świat został spustoszony, a resztki ludności Moskwy ukryły się w tunelach metra, gdzie grube warstwy betonu nie pozwalają na przedostanie się promieniowania. Dostępna przestrzeń jest kluczowa dla tej książki (czy w ogóle dla twórczości Glukhowskiego, mam wrażenie) – świat zostaje skurczony do kilku kilometrów kwadratowych tuneli, które nie były budowane dla ludzi, ale dla pociągów. Nie ma prądu, jedynym źródłem światła jest ogień, bardzo niebezpieczny w zamkniętych przestrzeniach, i, dająca ponure czerwone światło, sygnalizacja awaryjna. W takich warunkach nie można też hodować roślin zielonych. Do spożycia pozostają więc grzyby i szczury i, tylko od święta, świnie.

A byt określa świadomość, chciałoby się rzec. Kilkadziesiąt czy kilkanaście tysięcy ludzi, które zamieszkuje metro, musi nieustannie walczyć o zdatne do zamieszkania dworce. Powraca trybalizm, ludzie łączą się w grupy wyznające kolektywne, proste wartości: siłę, dostatek pożywienia, agresję wobec obcych. Jest więc ekspansywna Linia Czerwona, jest budząca postrach i odrazę Czwarta Rzesza, jest i Polis, położone na stacjach pod dawnymi budynkami rządowymi i próbujące uratować resztki człowieczeństwa, tak, jak je rozumiano przed atomową apokalipsą, np. przez kolekcjonowanie księgozbiorów. Jest też potężna, koncentrująca się na handlu hanza, kontrolująca linię okrężną.

Mapa-Metro 2033.jpg
Mapa moskiewskiego metra w 2033 roku.

 

Czytelnik wraz z książką otrzymuje mapę całego metra z zaznaczonymi frakcjami (nawet tymi, na które Artem nie trafia) i zagrożeniami, czyhającymi w metrze – o niektórych z nich Artem dowiaduje się z rozmów z ludźmi na kolejnych odwiedzanych stacjach, albo napotyka na nie osobiście. Aby dowiedzieć się, które to są, czytelnik musi osobiście prześledzić trasę marszu Artema. Mapa jest strzałem w dziesiątkę. Ja, czytając, co chwilę sprawdzałem, gdzie Artem obecnie jest i w którym kierunku zmierza, a przy okazji studiowałem mapę i zastanawiałem się, jakie „zagrożenia psychiczne” czekają pomiędzy Sewastopolską i Czertanowską, jak wyglądają stacje zajęte przez Moskiewski Uniwersytet Państwowy albo czym jest tajemniczy kult Wielkiego Czerwia. Niektórych z tych rzeczy dowiemy się z książki, inne pozostaną tylko w sferze domysłów. I w tym cała frajda, bo pozostaje tyle obszarów do wypełnienia przez wyobraźnię.

Poza metrem istnieje oczywiście powierzchnia, ale wychodzenie na nią, dla nieprzygotowanego człowieka, momentalnie musi skończyć się śmiercią od promieniowania. Jeśli założy chroniący go skafander, słońce dosłownie oślepi go, wypalając przyzwyczajone do mroku oczy, jeśli wyjdzie w nocy, zabiją go zmutowane stwory, czyhające na łatwą ofiarę, a jeśli przeciwko nim się uzbroi, to wystarczy, że spojrzy w stronę widocznego zawsze w oddali Kremla, a tajemnicza, demoniczna siła, która tam zamieszkała, opanuje jego mózg i przyciągnie go w mury dawnej siedziby władców Rosji, z której nigdy już nie wróci.

Ta wyliczanka niebezpieczeństw, gdzie za każdym, przed którym się uchronimy, czai się kolejne, większe, jest symptomatyczna dla logiki światów Glukhowskiego.

Artem jednak i tak próbuje, i udaje się, wraz z przygotowanymi do tego stalkerami, na powierzchnię. Najpierw, by znaleźć tajemniczą księgę, a potem, żeby rozprawić się z przerażającymi Czarnymi, opanowującymi ludzkie mózgi i budzącymi w nich głęboką depresję, prowadzącą do samobójstwa. To przez nich w ogóle wyruszył na swoją wyprawę i wreszcie, na koniec, ma okazję ich zniszczyć. Tylko czy w tym nasyconym niebezpieczeństwami świecie oni na pewno są wrogami?

O tym musicie przekonać się sami. Jak i dlaczego w ogóle Artem wyruszył na wyprawę i co z tym ma wspólnego Hunter, dlaczego nie należy zapuszczać się w niektóre tunele samemu, jak wygląda Polis i dlaczego jego włodarze pragną tajemniczej księgi. Oraz kim są i czego chcą wyznawcy Wielkiego Czerwia. Ach, i kim naprawdę są Czarni. Musicie otworzyć książkę i zapuścić się w ten mroczny, klaustrofobiczny świat. Tylko pamiętajcie, wcześniej porzućcie wszelką nadzieję.

Mateusz Myślicki