Hamburger przyprawiony szaleństwem – „Suicide Squad”

Zły, poniżej krytyki, fatalny. Jak ktoś czyta internety, to już wie, że „Suicide Squad” nie wyszedł. Szedłem więc na seans jak na stracenie. I dostałem młotkiem pozytywnego zaskoczenia w głowę.

Zacznijmy od tego co w SS nie działa. Scenariusz momentami kuleje albo jest przewidywalny. Uzasadnienie części wydarzeń jest tak słabe, że zęby zgrzytają, a ręce same się załamują: grupa najniebezpieczniejszych superłotrów, więziona przez rząd, ma ten rząd zacząć chronić, bo następna grupa superbohaterów, która się pojawi, może się okazać grupą superłotrów. To trochę jakby mieć w kazamatach Osamę bin Ladena, Teda Kaczynskiego, Syna Sama, do kompletu jeszcze znaleźć grób Kuby Rozpruwacza, wyciągnąć go z niego, wskrzesić i trenować tę zbieraninę do ochrony Ameryki na wypadek, gdyby następny dyrektor CIA miał być niebezpiecznym maniakiem. I dlatego, że lepiej znają zło. No tak, tylko oni są złem.

Z kolei główni przeciwnicy naszych superłotrów są bezbarwni i nieciekawi, ich motywacja bez sensu, a do tego są tak potężni, że właściwie trudno oczekiwać, jak nasz oddział samobójców (dlaczego ktoś wymyślił tłumaczenie ‘legion samobójców’, pozostanie dla mnie wieczną tajemnicą) sobie z nimi poradzi. Jak już sobie radzi, to zakończenie też jest słabe.

Niektóre postacie są nijakie a jedna – fatalnie skrojona. Sorry, Will Smith, dostałeś rolę niegrywalną. Deadshot to typ, który ma być tak zły i bezduszny, że morduje z zimną krwią na zlecenie, ale jednocześnie okazuje się naprawdę dobry. Tylko morduje ludzi z zimną krwią. Ale jest dobry. Rozumiecie? No, ja też nie.

Dobra, to teraz porozmawiajmy, dlaczego ten film mimo wszystko WARTO obejrzeć. Harley Quinn. Tak, to jest tak proste – wystarczy mieć jedną dobrą postać, okręcić wokół niej akcję, dołożyć jej historyjkę prostą, ale zajmującą i voilà: mamy film, który da się oglądać. Postać Harley jest wyjątkiem od zasady, że piękni ludzie nie umieją grać. Całkowicie, kompletnie szalona, ujmująca, czarująca i zabawna. Śmiertelnie niebezpieczna, pozbawiona instynktu samozachowawczego i zakochana po uszy w swoim jedynym Jokerze. Chłonie się jej rolę, bierze garściami z ekranu – faceci będą wzdychać, kobiety zazdrościć, a wszyscy razem – dobrze się bawić.

margot-robbie.jpg
Margot Robbie jako Margot Robbie, a trochę powyżej macie Margot Robbie jako Harley.

 

Do tego przyzwoicie zagrani Źli Ludzie z Rządu – Amanda Waller, która podejmuje się zebrać naszą radosną ekipę i ją kontrolować, jest przekonująco gorsza od nich wszystkich. Zły, bezwzględny polityk. Stereotypowe? Jasne. Dobrze się ogląda? Pewnie. Sierżanta Ricka Flaga, próbującego miną nadrabiać gównianą sytuację, w której się znalazł, też ogląda się przyzwoicie.

No i niemal trzecioplanowy Joker, który daje doskonałe tło postaci Harley Quinn. Jest oczywiście psychopatą na 109%, ale dzięki miłości odnajduje w sobie tę odrobinę człowieczeństwa, która czyni go ciekawszym. Wiadomo, po Heathie Ledgerze już żaden Joker nie będzie dostatecznie dobry, więc może lepiej, że ten jest trzecioplanowy – szaleństwo i miłość do Harley wystarczą.

Akcja, mimo że często oczywista, mimo że momentami banalnie i boleśnie przewidywalna, wciąga i, co bardzo ważne, trzyma tempo od początku do końca. Nie ma dłużyzn, nie nudzimy się, nie ziewamy, nie patrzymy w telefon. Nie ma też w tym filmie zbyt wiele mordobicia, a jeśli już pojawia się walka, to jest efektowna i posuwa akcję do przodu.

Nie zrozumcie mnie źle: to nie jest film wybitny. To nawet nie jest film doskonały. To jest film niezły. Film, który doskonale spełnia swoje zadanie. Bawi. Trochę się śmiejemy, oglądamy trochę fajerwerków i kibicujemy Harley. I tak przyjemnie mijają 2 godziny. Ten amerykański hamburger jest smaczny. Nikt nie obiecywał wykwintnego obiadu.

Mateusz Myślicki

tl;dr:

Plusy:

  • Harley Quinn
  • Joker
  • szybka, wciągająca akcja
  • smaczny popkulturowy hamburger

Minusy:

  • Deadshot
  • dziury scenariuszowe
  • braki logiki
  • postacie niepotrzebne albo źle skrojone: Katana, Diablo.

Ocena: 4 z minusem.