Triumf dziecięcej niewinności i Hrabia Olaf – “Seria niefortunnych zdarzeń”

Są różne sposoby przedstawiania świata dzieci – realizm sagi o Harrym Potterze, baśniowość „Opowieści z Narni”, trzeźwa rzeczowość „Mikołajka”. Tematyka to dla autorów bardzo pociągająca, bo potencjalnie zyskują grono wiernych i bezkrytycznych fanów – dzieci, ale też grząska – o dziecięcym świecie pisać naprawdę trudno. Niewielu to umie i panuje nawet przekonanie w pisarskim świecie, że jeśli ktoś potrafi pisać dla dzieci, to jego talent musi być uniwersalny.

Nie wiem, jaka jest rzeczywistość książek Daniela Handlera a.k.a. Lemony’ego Snicketa, bo ich nie czytałem. Wiem, że w swoim czasie zdobyły sporą popularność – zamiast planowanych 4 powstało 13. Domyślam się, że Snicket/Handler dla dzieci pisać umie, skoro taką popularność zdobył. Tyle dedukcji. Nie wiem, czy, jak w serialu, rzeczywistość książek jest absurdalna a jednocześnie nieznośnie logiczna. Jej nieubłagana i trudna do przełknięcia logika polega na tym, że dorośli świata dzieci kompletnie nie rozumieją, a nie rozumiejąc, ignorują go. Mali ludzie, nawet bardzo bogaci, grzeczni i nad wyraz racjonalni, pozbawieni naturalnej i bezwarunkowej miłości rodziców, zderzają się ze światem, który w najlepszym wypadku chce je zamieść pod dywan, a w najgorszym – okrutnie wykorzystać. Ci mali ludzie to rodzeństwo Baudelaire’ów: 14-letnia Violet, 12-letni Klaus i 2-letnia Sunny. Ich dom właśnie spłonął doszczętnie, a w nim zginęli rodzice. Baudelaire’owie zostali sierotami. Pod dywan chce ich zamieść pozornie sympatyczny pan Poe , pracownik banku, który z ramienia instytucji ma opiekować się ich majątkiem, a w ramach opieki nad samymi dziećmi ma zapewnić im odpowiednich opiekunów aż do czasu, kiedy najstarsze z nich, Violet, osiągnie pełnoletność i będzie mogła przejąć majątek. Pan Poe jest groteskowo niekompetentny w swojej pracy, pozostawiając rodzeństwo pod opieką oszustów lub ludzi niezrównoważonych bądź niekompetentnych. Mimo pozornych zapewnień o swojej dyspozycyjności, sprawy i formalności ze zmieniającymi się opiekunami załatwia w pośpiechu. Interesuje go tylko awans i spokojna praca we własnym gabinecie. Dzieci interesują go zaś tylko o tyle, o ile ma porządek w papierach i tak rozumie swoją pracę. Serial z tej strony może wydawać się groteskowy i przerysowany, ale jeżeli przyjrzymy się działaniom pana Poe i wielu innych dorosłych, to łatwo można zauważyć, że wiele z ich zachowań – zaniedbań, bufonady i nieczułości, jest realistycznych i możemy sobie je wyobrazić. Tylko ich nagromadzenie jest groteskowe.

Hrabia Olaf – kreacja osobna

olaf-himself
Hrabia Olaf jako Hrabia Olaf

W tym absurdalnym świecie sukcesy święci postać tak przerysowana, tak absurdalna i tak groteskowa, że wydawałoby się, że nie powinna istnieć. Hrabia Olaf pojawia się zaraz po tragicznym pożarze. Podszywa się pod daleką rodzinę Baudelaire’ów i dzięki niekompetencji pana Poe zostaje ich pierwszym opiekunem, próbując zdobyć na wszelkie możliwe sposoby ich bogactwo. Hrabia jest przestępcą leniwym i pełnym brawury, ale też na swój sposób genialnym. Powinien zostać złapany przy pierwszej ze swoich nieudanych intryg, zawsze jednak udaje mu się wykorzystać jakąś słabość swoich przeciwników: pychę odważnego wujka, fobie kiedyś szaleńczo odważnej cioci czy wieczną niekompetencję i ignorancję pana Poe. Postać grana przez Neila Patricka Harrisa jest dziwnym połączeniem lenistwa i kiczu oraz genialnego wyczucia ludzkich słabości.

olaf-captain
Hrabia Olaf jako Kapitan Sham

Wizualnie, i tu widać wydane na produkcję pieniądze, jego przebrania są tak absurdalne jak i szczegółowe, role, w które wchodzi, przerysowane i śmieszne, ale nie tylko. Twórcy bardzo łatwo przechodzą od groteski i wzbudzanego w nas śmiechu do zasmucenia i oburzenia brutalną bezkompromisowością jego działań. Z drugiej strony zbrodnicze akcje są zasmucające, bo wymierzone w niewinne dzieci, ale też trudno nie umierać w oczekiwaniu, na czym kolejny jego pomysł będzie polegał. I tu haczyk mnie złapał. I już nie puści. Wisienką na torcie jest, że choć z pewnością Olaf jest groteskowy i przerażający, to Neilowi Patrickowi Harrisowi udaje się nadać mu też swoistej smutnej głębi.

Triumf niewinności

baudelaire
Jedyną obroną Baudelaire’ów przed światem jest ich spryt i… niewinność.

Jednak myślę, że tym co nadaje sens tej historii, jest dziecięca niewinność i prawość, z którą Handler (współodpowiedzialny za produkcję i scenariusz) zderza bylejakość i okrucieństwo świata dorosłych. W komentarzach po serialu pojawiają się głosy, że dzieci grają nijako, że są nudne. Ja myślę, że grają dokładnie tak, jak zostało to zamierzone. Rodzice wparli ich bohaterom silny i prosty kod moralny: należy być uczynnym, uczciwym i należy polegać na sobie samym i na rodzinie, z optymizmem patrząc w świat. Zestawione z okrucieństwem i szarlatanerią Olafa, z ignorancją i nieczułością innych dorosłych, dzieci konsekwentnie i spokojnie realizują ten kod. Ostatecznie, niezależnie od przeciwieństw losu, wychodzą z opresji, dzięki intelektowi i niezwykłym umiejętnościom, ale też dzięki wierności tym zasadom. I ten przekaz – że cnota, nawet w wydawałoby się kruchej dziecięcej osłonie, broni się w tym świecie. I mam nadzieję, że po trzech seriach zatriumfuje.

Mateusz Myślicki

Sherlock Holmes i Steven Moffat

Jak bardzo przereklamowany jest “Sherlock”? To pytanie, które zadają sobie chyba wszyscy. Ta grupa ludzi, która serial widziała i jej się spodobał, zastanawia się, czy nie zostali omamieni, bo inni, którzy też go widzieli, twierdzą, że: Cumberbatch zupełnie nie umie grać, fabuła odcinka X w serii Y była zupełnie bez sensu, a w ogóle to cały serial jest kompletnie nierealny. To znowu ci, którzy go nie widzieli zastanawiają się, czy warto się w ogóle za niego brać. Istotny problem. Tym bardziej, że właśnie wchodzi na ekrany 4. seria. W UK została wyemitowana zaraz na początku roku, a w Polsce krótko po tym. W niedzielę, 8 stycznia 2017 r. zostanie wyemitowany drugi odcinek.

Sam zaliczałem się do tych, którym serial bardzo przypadł do gustu, a oglądałem on the go, czyli bezpośrednio po ukazywaniu się kolejnych odcinków. Po latach, zastanawiając się nad „przereklamowaniem” i nawet odświeżając sobie parę odcinków, zrozumiałem dlaczego jednak lubię tę serię. Otóż jestem wyznawcą Stevena Moffata, twórcy „Sherlocka”. Pozwólcie, że, zanim przejdę dalej, powiem parę słów o tym niezwykłym brytyjskim scenarzyście. Zaczynał od sitcomów i seriali opartych na własnych doświadczeniach – w pracy nauczyciela i z dwóch nieudanych związków. Stał się jednak sławny, kiedy zaangażował się w reaktywację show (w 2005 r.), którego, jak twierdzi, był największym długoletnim fanem – „Doktora Who”. Uważa się, i ja się z tym zdaniem zgadzam, że jedne z najciekawszych odcinków w czterech pierwszych współczesnych seriach, są jego autorstwa, w tym przerażający „Blink”. Producenci najwyraźniej też podzielali ten pogląd, bo od 2010 r. powierzyli Moffatowi opiekę nad serią. Nadał jej rozmach, dodał amerykańskiego sznytu, dynamizując akcję, ale zachowując magię, a jednocześnie dalej uczestniczył w pisaniu części scenariuszy, odpowiadając za jedne z najlepszych odcinków kolejnych sezonów.

matt_smith-doctor
11. Doktor grany przez Matta Smitha to także kreacja Stevena Moffata i nietrudno w nim znaleźć podobieństwa do “Sherlocka”.

Ale to nie jest recenzja „Doktora Who”. Moffat bowiem w 2010 r. w duecie z Markiem Gatissem stworzył, podobno dla odpoczynku od „Doktora”, właśnie uwspółcześnioną wersję „Sherlocka”. Jeśli jeszcze jej nie widzieliście, to warto wiedzieć, że została ona skonstruowana w typowy dla BBC sposób. Kolejne sezony są krótkie, składają się z trzech lub z czterech, ale za to pełnometrażowych (100-110 min.), odcinków. To, moim zdaniem, Sherlockowi bardzo służy, bo daje scenarzystom czas na zbudowanie skomplikowanej fabuły, koniecznej w dobrym serialu detektywistycznym. A w tym Moffat jest mistrzem – skomplikowana, rozbudowana intryga, zaskakujące zwroty akcji, nieprawdopodobne rozwiązania. I genialny protagonista – który z niezwykłą inteligencją, i w wielkim stylu, przechytrza swoich przeciwników. Oto specjalność Moffata. I recepta na sukces – bohater, który może wszystko, zaplątany w najbardziej nieprawdopodobną intrygę, często kończącą się cliffhangerem. Twórca Sherlocka i Doktora dostał za to nawet swoje własne hasło w popularnym Urban Dictionary. To zapewne zirytuje wielu i przyciągnie resztę – Sherlock, podobnie jak Doktor, nie może okazać się głupszy od swojego przeciwnika, nie może zostać przechytrzony. Ostatecznie, nie może przegrać.

moriarty
Moriarty

Jak nie zanudzić taką postacią? Sherlock jest niezwykle arogancki, więc jego tarcia z innymi bohaterami dostarczają wiele humoru sytuacyjnego. Prawdziwa akcja rozpoczyna się jednak, kiedy spotyka kogoś, kto sprawia jego intelektowi kłopot. Kilka takich postaci, wykreowanych zresztą przez Arthura Conana Doyle’a, twórcę oryginalnego Sherlocka Holmesa, napotka: Irene Adler – kochankę, która nie znudzi go po dwóch minutach, Moriarty’ego, równie genialnego jak on profesora–przestępcę, Mycrofta, brata Sherlocka, który jest od niego dużo inteligentniejszy, ale jest też leniwy. Przy czym Moffat zupełnie nie przejmuje się literackim pierwowzorem postaci – Mycroft wcale nie jest leniwy, Moriarty nie jest profesorem, a Irene, cóż, sami zobaczcie. To chyba największa zasługa twórcy serialu – nie trzyma się pierwowzoru z XIX w., który nigdy nie był arcydziełem, a jeszcze się zestarzał. Moffat bawi się konwencją a stworzone przez siebie postacie wprowadza do akcji, jak mu wygodnie – Mycroft pojawia się, kiedy wydaje nam się, że nikogo bardziej genialnego od Sherlocka nie spotkamy, Moriarty, kiedy wydaje się, że Sherlock się nudzi i że może rozwiązać każdą zbrodnię.

sherlock-and-watson
Sherlock i Watson nie mogliby się bardziej różnić – wyglądem i charakterem.

Czasami też z tarapatów wyciąga Holmesa wierny i niezwykle trzeźwo myślący Watson. To on ratuje go, kiedy genialny umierający morderca, który nie ma nic do stracenia, prawie namawia go do zażycia trucizny, wciągając w niemożliwy logiczny węzeł. To on stabilizuje jego rzeczywistość i wyciąga z regularnego zażywania narkotyków. I to właśnie dynamika dwóch głównych bohaterów jest największym atutem serii – Benedict Cumberbacth i Martin Freeman doskonale się uzupełniają, choć nie mogliby być bardziej różni. Pierwszy, o egzotycznym wyglądzie, dla żartu porównywany czasem do kosmity, drugi tak zwyczajny, że spotkawszy go, zaraz byśmy zapomnieli, jak wygląda. I takie są ich charaktery: obdarzony nieziemskim intelektem Sherlock i z pozoru zwyczajny Watson, za to niezwykły w staromodnej prawości i lojalności. Łączy ich tylko miłość do przygód. A z niej i wielu uzupełniających się różnic, wykuwa się prawdziwa przyjaźń.

Czy więc “Sherlock” jako serial jest odrealniony i przesadzony? Czy zdarzają się w nim rozwiązania z pozoru pozbawione logiki? Z pewnością – taki jest już sposób działania Moffata. Ale w zamian dostajemy dobrze zbudowanych bohaterów, z którymi można przeżyć niezwykłe przygody. Ja się na kolejne trzy bardzo chętnie piszę.

Mateusz Myślicki

tl;dr:

Ocena: 4 z dużym plusem

Plusy:

  • dynamika tworząca się między głównymi bohaterami;
  • dobrze skonstruowane, wyraziste postacie drugoplanowe;
  • pędząca do przodu akcja, pełna zwrotów i niespodzianek;
  • dobre zagadki kryminalne.

Minusy:

  • bardziej konserwatywnym widzom może wydawać się nielogiczny i odrealniony.