Kłopot z Harrym Potterem

„Mam 33 lata i nigdy nie czytałem Harry’ego Pottera” brzmi jak wyznanie ze spotkania anonimowych ignorantów. Tym bardziej kiedy „siedzi się” w całym tym półświatku fantasy, geeków, nerdów, graczy, RPG-owców i miłośników planszówek. No jakoś nigdy wcześniej nie było czasu. Był Tolkien, nieudane podejście do „Opowieści z Narnii”, Dukaj, Ziemiański, Grzędowicz, nawet Piekara i Pilipiuk i dziesiątki innych. Potter jakiś taki zbyt mainstreamowy był.

Przyszedł jednak i ten moment. Końcówka roku stała pod znakiem powrotu do uniwersum Pottera. „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć” weszły niedawno do kin, a księgarnie zalała żółta fala egzemplarzy „Harry’ego Pottera i Przeklętego Dziecka”. To dobry moment, żeby przeczytać wreszcie sagę o Potterze, pomyślałem. I tak zrobiłem.

Recenzja skażona czasem i memami

Kiedy ogłosiłem swój zamiar w kręgu znajomych, wiele osób wydawało się bardziej podekscytowanych tym faktem niż ja sam. „Wow, przeżyjesz fantastyczną przygodę”, „ale ci zazdroszczę, że to jeszcze przed tobą”, „też bym chciała jeszcze raz”. To były opinie osób, których gust książkowy sobie ceniłem, więc byłem dobrej myśli. Były to też bez wyjątku opinie osób o dobrych kilka lat młodszych ode mnie. I to okaże się kluczowe. Bo saga o Harrym Potterze okazała się być lekturą miejscami żmudną i nużącą. I, prawdę powiedziawszy, po odłożeniu siódmej części na stolik nocny trochę odetchnąłem. Nie tęsknię szczególnie za młodym czarodziejem z potarganymi włosami.

Ale od początku.

To będzie dziwna recenzja, bo nikomu nie trzeba szczególnie tłumaczyć, o czym jej przedmiot traktuje. Wszyscy wiedzą, że Harry jest chłopcem – czarodziejem, wszyscy wiedzą, że przeżył swoją młodość raczej niezbyt szczęśliwie w domu wujostwa mugoli (czyli nie-czarodziejów), którzy, delikatnie mówiąc, za nim nie przepadali. I wszyscy wiedzą, że kiedy go spotykamy, jego życie się odmienia. Trafia do magicznej szkoły Hogwart, gdzie poznaje dwoje wiernych przyjaciół: Hermionę Granger i Rona Weasleya, z którymi przeżywa wiele niesamowitych przygód. Wszyscy wiedzą, że dyrektorem szkoły jest Albus Dumbledore, a jednym z nauczycieli, pałający czystą nienawiścią do Harry’ego, Severus Snape. Śmiertelnym wrogiem Harry’ego zaś jest Voldemort.

snape-meme
Jeden z memów z Severusem Snapem, który akurat NIE zdradzi wam ważnego elementu fabuły. Niestety takich, które zdradzą, też jest dużo.

I wszyscy wiedzą, że… no właśnie. Zaczynamy czytać książkę, o której naprawdę wiele już wiemy. W dobie mediów społecznościowych człowiek co chwilę potyka się w swoich wycieczkach po Internecie o memy. Dowiemy się z nich, jaki będzie ostatecznie los Dumbledora i co naprawdę kierowało Severusem Snapem. Poznamy, mniej więcej, jak będą rozwijać się romantyczne relacje bohaterów. A być może dowiemy się też rzeczy bardziej szczegółowych: co jest ostatnim Horcruxem, kto zostanie żoną Harry’ego. I jak kończy się całość.

Dotychczasowa ogromna popularność sagi o Potterze jest więc problematyczna. Żeby mieć szansę przeczytać książki bez zespoilowania ich sobie przypadkiem, trzeba by chyba żyć w domku w lesie, bez Internetu. Można też być bardzo zdeterminowanym i ustawić jakąś formę blokady internetowej na każdy mem związany z Potterem. Inaczej będziemy wiedzieć wiele rzeczy już przed lekturą. I choć nie jest to wina autorki, to wpływa na przyjemność z lektury. Bo każdy chyba przyzna, że los Dumbledora czy historia i motywacje Snape’a są prawdziwymi gwoździami programu i wiedza o nich znacznie obniża przyjemność czytania.

Ten pierwszy kłopot nie wynika z winy autorki. Ale są też inne. I tu już wina leży po stronie Rowling.

Dłużyzny, czyli czy naprawdę potrzebujemy 3000 stron

Kiedy bierzemy do ręki pierwszą część serii „Harry Potter and the Philosopher’s Stone” (czytałem po angielsku, podaję angielskie tytuły), okazuje się ona mieć 330 stron. Podobnie druga: „… and the Chamber of Secrets”. Od trzeciej tendencja wzrostowa w liczbie stron jest stała, aż do 800 stron części piątej „… and the Order of the Phoenix”. Części piątej, w moim głębokim przekonaniu, najgorszej. Gdybym nie powiedział sobie, że serię przeczytam do końca, trochę z poczucia obowiązku, a trochę, bo miałem pomysł na napisanie tej recenzji po latach już w głowie, prawdopodobnie w tym momencie książkę bym odłożył i nigdy do niej nie wrócił.

Tu objawia się główny problem serii. Książka zaczyna się nieźle. Harry, pozostawiony sam sobie, czeka na jakiekolwiek informacje od członków tytułowego Zakonu Feniksa, organizacji czarodziejów walczących z demonicznym Voldemortem. Dobrze budowane jest napięcie i oddane irytacja, zagubienie oraz strach opuszczonego nastoletniego chłopca; dobrze rozegrane wydarzenia, które w końcu go z członkami Zakonu jednoczą. Rowling zaostrza nasze apetyty na naładowaną akcję, bardziej mroczną niż poprzednie, część. Nareszcie!

_VON7582a.jpg
Hogwart – miejsce, gdzie w książkach spędzimy zdecydowanie za dużo czasu.

I wtedy trafiamy do Hogwartu. I z książką zaczyna dziać się to, co dla dorosłego czytelnika musi być najsłabszą stroną serii. Przez 500 stron autorka opisuje, PO RAZ PIĄTY, codzienne życie szkoły, relacje między uczniami, magiczne zajęcia, turnieje Quidditcha – wyjątkowo skomplikowanej dyscypliny sportu uprawianej przez czarodziejów latających na miotłach. Jednocześnie obserwujemy niepokojące zmiany w szkole, opanowywanej przez koszmarną czarownicę, nudną i okrutną, ropuchopodobną Dolores Umbridge. Jest ona całkowitym przeciwieństwem dotychczasowego pryncypała szkoły, obdarzonego wielką wyobraźnią, ale też wiarą w ludzi, profesora Dumbledore’a.

Sam ten proces jest intrygujący i warto przyglądać mu się z bliska. Ale przynajmniej 400 z 800 stron jest niepotrzebnych, bo nie posuwa akcji do przodu ani nie podaje nowych informacji. Bo o ile opis magicznych aktywności na lekcjach w pierwszych dwóch tomach serii był tym, co mnie do niej przyciągnęło, o tyle w kolejnych już po prostu nuży. A autorka wraca do szkoły i do opisu mniej więcej tych samych aktywności w każdej części. W tych momentach czułem się jakbym oglądał serial o nastoletnich czarodziejach, gdzie twórcy mieli fajny pomysł na pierwszą i drugą serię, a potem zostały im już tylko pomysły na rozpoczęcia i zakończenia serii, za to środkowe części wypełniali tym samym, lekko zmodyfikowanym materiałem…

harry-potter-5th-book
5 część serii “Harry Potter and the Order of the Phoenix” znużyła mnie na tyle, że prawie przerwałem przy niej czytanie.

„Ale ta książka ze mną dorastała”, czyli problem z Hogwartem

… i tu dochodzimy do głównej słabości sagi, która była zapewne jej kiedyś największym atutem. Oczami wyobraźni widzę, jak duża część moich czytelników oburza się, czytając krytykę „nużącego” wracania do Hogwartu. „Ale przecież o to chodzi”, „Hogwart był najlepszy”, „czekałam na kolejną część tylko po to, żeby znowu wrócić do Hogwartu”, „to był mój kolejny dom”,

ale ja

z tą książką

dorastałem!”

Tak, ja to rozumiem, ale moim zdaniem z tego wynika masę problemów serii o Potterze. Poszczególne tomy ukazywały się w latach: 1997, 1998, 1999, 2000, 2003, 2005 i 2007. Czyli jeśli jesteście z roczników od połowy lat 80. do połowy lat 90., to urodziliście się w doskonałym momencie, żeby z tą serią dorastać. Rowling bowiem doskonale przewidziała zapotrzebowanie młodzieży i zróżnicowała treść tak, żeby 1. część była odpowiednia dla 10-12–latka, a ostatnią czy przedostatnią z przyjemnością mógł czytać człowiek młody, choć już dorosły.

Pisarka stara się też, żeby czytelnicy wracający do lektury czuli się jak u siebie. Mamy, jako ludzie, taki mechanizm, że lubimy i dobrze czujemy się w miejscach i sytuacjach znajomych. Jest bezpiecznie. Jest swojsko. Hogwart jest swojski. Zwróćcie uwagę, że to zagrożenie zniszczenia Hogwartu w ostatniej części wydaje się jedną z bardziej szokujących rzeczy.

Ale mechanizm swojskości działa tylko wtedy, gdy do książki wracamy co parę lat. Rowling ma nawet irytujący zwyczaj powtarzania znanych nam faktów w kolejnych częściach, na wypadek, gdyby czytelnik, wracający po roku czy trzech, zapomniał. To wszystko powoduje, że seria o Potterze, jako jedna długa opowieść, bywa żmudna i nudna.

Żeby więc docenić w całości tę serię, musiałbym spełnić dwa warunki: być odcięty od Internetu, żeby nie znać kluczowych dla fabuły wydarzeń, i narzucić sobie od początku reżim czytania jednej książki na rok, prawdopodobnie przed 5. i 6. powinienem dać sobie dwa lata. To warunki, jak widzicie, dość absurdalne. A dla czytelników „dziewiczych”, tych, którzy czytali książkę, gdy kolejne części wychodziły, z góry spełnione.

Beczułka dziegciu, beczułka miodu

To nie znaczy, że uważam tę serię za nieudaną. Rowling bardzo dobrze maluje świat czarodziejskiej Anglii. Opisy są plastyczne i bez trudu przenoszą w fikcyjne miejsca. Jednocześnie świat czarodziejów jest na tyle bliski naszemu, że bardzo łatwo zrobić jeden krok w „tamtą” stronę i zobaczyć panią Weasley „robiącą” obiad: rzuca zaklęcie na noże, by kroiły warzywa, następnie jednym machnięciem różdżki sprawia, że składniki przelatują do garnków, pod którymi ogień zapala się automatycznie (choć to ostatnie już nie takie magiczne dziś). To nie tak odległe od tego co znamy, jak lembasy, orki i wysokie elfy.

the-burrow
The Burrow – magiczny dom rodziny Weasleyów.

Czarodzieje i ich świat nie różnią się od nas tak bardzo, a jednocześnie są świetnie odmalowani – wszystkie pierwszo- i drugoplanowe postacie mają swoje wyraźne cechy charakteru, motywacje, temperamenty, nadzieje, tęsknoty oraz obawy.

Najmocniejszą stroną książki są dobrze stworzone główne postacie. Chętnie utożsamiamy się z upartym i szlachetnym Harrym, mądrą, ostrożną Hermioną czy obrażalskim, ale lojalnym Ronem. Z przyjemnością śledzimy proces dojrzewania Neville’a; łatwo nam także zrozumieć odrealnioną Lunę, która przede wszystkim pragnie przyjaźni. Dziwimy się, że za błazeństwami Freda i George’a Weasleyów stoi strach przed powieleniem biedy panującej w domu. Zawsze trochę rozluźnia nas pojawienie się Hagrida – olbrzyma o gołębim sercu. A na koniec wstrząsa nami historia Severusa Snape’a (jeśli, jakimś cudem, nie poznaliśmy jej wcześniej w memach).

harry-potter-hermione-and-ron
Hermione Granger, Ron Weasley, Harry Potter. Trójka głównych bohaterów jest bardzo dobrze odmalowana.

Tak, Rowling postacie umie tworzyć bardzo dobrze (może poza „plastikowym” Albusem Dumbledorem, ale to jedno potknięcie). Potrafi też malować miejsca i krajobrazy. Ręka w górę, kto wyobrażał sobie przed snem wycieczki po Hogwarcie śladami Harry’ego; kto nie bał się lasu położonego obok Hogwartu; kto nie rozumiał dobrze Harry’ego, gdy tak strasznie chciał wyrwać się z nudnego Privet Drive.

Rozumiem też, że w opowieściach o Harrym Potterze pociąga swoista miękkość zawartej w nich fantastyki. Choć jest to świat w całości magiczny, to jest to jednocześnie świat obok, a nie jakieś mityczne Śródziemie albo „a galaxy far far away”. Świat, który może, przy dużej dawce szczęścia, i gdyby bardzo mocno w niego uwierzyć, mógłby istnieć. O którym moglibyśmy nie wiedzieć, bo przecież czarodzieje nie chcieliby, żebyśmy się dowiedzieli. Pomarzyć zawsze dobrze, prawda?

To nie jest też tak, że Rowling nie umie konstruować akcji. W szóstej i siódmej części sagi akcja poprowadzona jest w miarę sprawnie i wciąga. Zakończenie też jest całkiem niezłe i, choć momentami naciągane, to jednak sensowne i zadowalające, a nawet zaskakujące. Niestety, przez większą część z 3000 stron Rowling sama stopuje akcję. Zmusza nas do powrotu do szkoły czarodziejów, gdzie spędziliśmy właśnie 200/300/500 stron z poprzednią książką, którą właśnie odłożyliśmy na stolik nocny. Sięgając po kolejną. I zmusza nas, byśmy tam siedzieli, oglądając nudny serial o dzieciach-czarodziejach i ich problemach. O których w większości czytaliśmy w poprzedniej serii. Tylko dlatego, że chciała stworzyć książkę, do której co rok wracały dzieci, często nienawykłe do czytania (znałem ludzi, którzy czytali w życiu tylko Harry’ego Pottera). Największą siłą tej serii jest to, że tak łatwo się do niej wraca. Że swoim leniwym tempem nie zmusza nas do specjalnego wysiłku, dając szansę na zaciekawienie czytaniem osób do niego nienawykłych. Jest to też jej największą słabością.

Mateusz Myślicki

Advertisements

Published by

widzialemczytalem

Jestem 33 letnim facetem. Aktualnie uczę angielskiego i próbuję zrobić doktorat. Byłem w życiu profesjonalnym graczem komputerowym, dziennikarzem na pół etatu, wykładowcą na ćwierć etatu, brygadzistą w ekipie wywożącej ciężkie odpadki z fabryki (na etat, za granicą), nieudanym pokerzystą. I parałem się paroma innymi rzeczami. Kim bym nie był jedno towarzyszyło mi zawsze - uwielbienie dla dobrych historii. Od czasu adaptera, który stał w domu i co jakiś czas, ku zachwytowi kilkuletniego dzieciaka odtwarzał historię mola książkowego Miki Mola, przez pochłoniętą w wieku kilkunastu lat w zarwane noce Trylogię Tolkiena, do dzisiejszych seriali i kryminałów - dobre historie były moim narkotykiem. Żyjąc w Anglii nauczyłem się szybko czytać po angielsku, bo brakowało mi książek, więc naprawdę, dosłownie, serio nie potrafię żyć bez gawęd i opowieści. Tutaj chciałem się tą pasją podzielić.

4 thoughts on “Kłopot z Harrym Potterem”

  1. Cześć,

    Jestem ciekaw recenzji ksiazki o harym potterze z alternatywnej rzeczywistosci. Ta rzeczywistosc to swiat bardziej wyrafinowanych watkow w ksiazce bardziej dla doroslych niz dzieci. Moja opinia jest oczywiscie w pelni subiektywna wie c jestem ciekaw Twojej.

    Poniewaz to fan fiction wiec pewnie nigdy drukiem sie nie pokaze…

    Wlasna kopie mozna pociagnac tutaj: hpmor.com

    Cala seria nazywa sie: Harry Potter and the methods of rationality.

    Pozdrawiam i czekam niecierpliwie.
    Adam

    Like

    1. Hej,

      dzięki za komentarz i pokazanie mi tego fan fica. Kiedyś już o nim coś słyszałem, jednak jestem sceptyczny. Dorosła wersja książki, która już i tak nie podobała mi się aż tak bardzo? Prawdopodobnie napisana przez mniej zdolną autorkę (bo inaczej po co wzorować się na Rowling?). Chyba będę musiał Cię zawieść i książki nie przeczytam. Jest tyle książek do przeczytania i tyle seriali do obejrzenia…

      Like

  2. Ja też nigdy nie czytałem. Za młodu uważałem to za zdradę Śródziemia, potem już jakoś nie miałem czasu. Gdybym miał przeczytać tylko jeden tom z cyklu w celach literackozapoznawczych ― który byś mi polecił? Weź poprawkę na to, że nie wiem prawie nic o fabule, bo te wszystkie memy, na które się skarżysz, mnie jakoś ominęły.

    Like

  3. “Uważałem za zdradę Śródziemia”, LoL, takim hardkorem to ja jednak nigdy nie byłem.

    A w temacie: przeczytaj drugą, czwartą albo siódmą. W kolejności od najlepszego do najgorszego tomu jest jakoś tak: 4., 7., 6., 2 – te są dobre albo znośne i 1,3,5 równie złe, ale 5 dostaje honorowy tytuł najgorszego.

    Dlaczego więc 2. “and the Chamber of Secrets”, skoro umieściłem go w środku? Bo jest napisany znośnie, ma fajny detektywistyczny dreszczyk, a gdybyś jednak kiedyś chciał wrócić do serii no to nie strzelasz sobie w stopę spoilerując się.

    4. “and the Goblet of Fire” jest najbardziej dynamiczny i chyba najciekawszy – dużo się dzieje, jest w nim najciekawszy z Bossów (tak, ta saga jest pisana do 5 tomu trochę jak gra RPG/przygodowa, przez całą książkę Harry i przyjaciele zmagają się z lokalnym bossem z tego levelu, choć wiadomo, że na końcu i tak czeka Voldemort), i zakończenie AUTENTYCZNIE mnie zaskoczyło.

    7. “and the Death Hollows” serię zakańcza. Minusem będzie na pewno to, że nie będziesz często wiedział co się dzieje, bo autorka rezygnuje (nareszcie!!) z tłumaczenia o co chodzi. Więc może lepiej nie czytaj. Dlaczego warto? Bo ma najbardziej rozbudowaną fabułę i jest najbardziej dojrzały. No i zakończenie jest w sumie okej.

    Mam nadzieję, że pomogłem 🙂

    Liked by 1 person

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s