Frank Underwood a post-prawda

Post-prawda. Słówko roku 2016. Dość proste, bo znaczy przecież po prostu: „kłamstwo, którego i tak nie sprawdzisz. Za to chętnie przyjmiesz i zinternalizujesz, jeśli pasuje do Twojego obrazu świata, choćby było najbardziej absurdalne. A jak jest naprawdę szokujące, to tym lepiej” [definicja własna, a więc niekompletna i stronnicza, czyli idealnie w stylu post-prawdy]. Zjawisko określiło politykę światową w mijającym roku, bo wielkie wydarzenia polityczne, takie jak Brexit i wybór Trumpa, naznaczone były zalewem nieprawdziwych informacji, które ludzie chętnie śledzili, dzielili się nimi i komentowali. I zupełnie ich nie sprawdzali.

Pizzagate, czyli absurd

Jednym z najjaskrawszych przykładów jest Pizzagate, post-truth w postaci najczystszej. Jeśli ktoś śledził wybory w USA, to wie, jak bardzo zwolennicy jeszcze-wtedy-nie-prezydenta Trumpa w końcowej fazie kampanii ostrzyli sobie zęby na ujawnienie maili ze skrzynki Johna Podesty. John był szefem kampanii Clinton, przeciwniczki Trumpa, i dał się nabrać hakerom na najbanalniejszą sztuczkę na świecie ze skróconym linkiem w mailu. Zapłacił za to wyciekiem wszystkich swoich wiadomości, które zostały umieszczenie na serwisie Wikileaks.

Internetowa armia zwolenników Trumpa wierzyła najgłębiej na świecie, że w tych mailach będzie cała prawda o tym, jakim potworem jest Hillary C., i że znajdą w nich potwierdzenie wielu afer i przestępstw przeciwko Amerykanom.

Okazało się, że w tysiącach wiadomości nie ma nic. Wyobraźcie sobie rozczarowanie wszystkich młodych trumpistów, musieli się poczuć, jakby spodziewali się góry prezentów na święta, a dostali skarpety. Sfrustrowani, ukuli więc jedną z najbardziej idiotycznych „afer” w historii dziennikarstwa i polityki. Ukuli niemalże z powietrza, bo z zaledwie kilku wspomnień o pizzy (sic!). John Podesta, jak odkryli gorliwi dekonspiratorzy, ZBYT CZĘSTO WSPOMINA O PIZZY. To podejrzane. Dlaczego on tak często pisze o pizzy? Na pewno jest to jakiś tajny kod. Poza tym jada tę pizzę w Comet Ping Pong Pizza. A ping pong to przecież międzynarodowy kryptonim ruchu pedofilskiego. Wszyscy o tym wiedzą, prawda? A więc pizza w Comet Ping Pong to tak naprawdę metafora na proceder przetrzymywania porwanych dzieci, które, zanim sprzeda się na organy, zaangażowani w spisek politycy i biznesmeni gwałcą w podziemiach rzeczonej pizzerii. Oczywiście za przyzwoleniem i wiedzą Hillary Clinton.

 

[Dam Wam teraz moment na przetrawienie]

 

pizzagate-pingpong
Jeden z memów reklamujący wpis blogerki “zszokowanej” Pizzagate.

(Sic!)
Nic nie przesadziłem. Niczego nie podkoloryzowałem. Absurd, pomyślelibyście. Ale „teoria” była poważnie komentowana i roztrząsana w kręgach zwolenników Trumpa i młodych adeptów amerykańskiej radykalnej prawicy. Na mojej własnej tablicy na FB linkowało ją ze trzech młodych paladynów prawicowego porządku. A wszystko stąd, że szef kampanii Clinton lubił pizzę trochę bardziej niż by wypadało. Nie było żadnych powodów, żadnych dowodów, żadnych poszlak, które świadczyłyby o tym, że w tak okropnej teorii może być choć ziarno prawdy. Jak się okazało, rzeczona pizzeria nie ma nawet podziemi.

Nieważne. Post-prawda wyszła na jaw, ujrzała światło dzienne. I zaczęła krążyć. Komu pasowała, ten uwierzył. Jeden z młodych zelotów post-prawdy poszedł nawet do Comet Ping Pong i po oddaniu paru ostrzegawczych strzałów z karabinu domagał się, by właściciele wyjawili, ekhm, prawdę.

Pizzagate to przykład najbardziej absurdalny i po zwycięstwie Trumpa jej echa przycichają (cel został osiągnięty). Ale jest tylko jednym z elementów całej sieci kłamstw i oszczerstw mniej lub bardziej absurdalnych i pokazuje dzisiejsze podejście do świata, a w szczególności do polityki, głównie młodych ludzi.

Frank Underwood, akuszer post-prawdy

A teraz co to ma wszystko wspólnego z Frankiem Underwoodem? Dlaczego o nim wspominam w tytule? Bo w mojej opinii serial „House of Cards” pokazuje doskonale, dlaczego ludzie tak chętnie w post-prawdę uciekają. Pokazuje politykę tak zepsutą i wykoślawioną, tak złą, że nie sposób jej zdzierżyć i strawić. I oderwać się od oglądania jej mechanizmów.

Frank jest z pozoru jednym z typowych amerykańskich polityków. Jego zdawałoby się sympatyczną powierzchowność, magnetyzm postaci, ale też i mroczną stronę (tę prawdziwą), zawdzięczamy brawurowej kreacji Kevina Spacey’a, który na potrzeby serialu zrezygnował prawie zupełnie z grania w Hollywood i skupił się na roli serialowego polityka. A mowa tu o człowieku, który zgarnął dwie statuetki Oscara – zarówno za rolę pierwszoplanową w „American Beauty” w 2000 r., jak i drugoplanową w filmie „Podejrzani” w 1995 r. Jego Frank zdaje się fajnym, ciepłym kolesiem, z akcentem z Południa (pochodzi z Karoliny Południowej). Klepie cię od razu po plecach, skraca dystans i sypie bon motami. Człowiek z duszą na ramieniu, mogłoby się wydawać, prawdziwy równy gość. W polityce jest od zawsze, sam się w niej wszystkiego dorobił. Przez lata cierpliwie piął się w administracyjnej machinie Demokratów. Poznajemy go w momencie, w którym nowy prezydent Garrett Walker odmawia mu obiecanego stanowiska sekretarza stanu, amerykańskiego odpowiednika ministra spraw zagranicznych, który jest uważany za drugą osobę w państwie po prezydencie (biorąc pod uwagę jak rozbudowana i ważna dla hegemona światowego jest polityka zagraniczna). Frank w wyniku gier politycznych zostaje wymanewrowany ze stanowiska i zaczyna planować zemstę.

paste-tv-gallery-hoc-girl-tempt
Frank doczekał się wielu memów. Sam zrobiłem jeden na okazję wyboru Trumpa. Powyższy nawiązuje do faktu, że Frank trochę “łagodnieje” w późniejszych seriach.

Nie będę wchodził w szczegóły i spoilery, ale zapewniam, że czekają 4 sezony thrillera politycznego, stojącego na wysokim i bardzo wyrównanym poziomie. To jest być może najlepsze w tym tytule, że nie schodzi na psy po jednej czy dwóch dobrych seriach. Trzyma poziom, także dlatego, że konstrukcja każdej jest trochę podobna, ale porusza inny temat. W każdym sezonie Underwoodowie (bo niemal bezwarunkowym wsparciem, z nieludzką lojalnością, obdarza Francisa jego żona Claire) zmagają się z innym politycznym przeciwnikiem. W drugiej serii to miliarder Raymond Tusk, który za sprawą Franka traci wpływ na młodego i słabego prezydenta Walkera. W trzeciej para zmagają się głównie z Heather Dunbar, idealistką polityczną wśród Demokratów, która próbuje się przeciwstawić brudnym machinacjom coraz potężniejszego Franka. W czwartej serii Frank i Claire stają naprzeciwko siebie w może najbardziej fascynującej walce. Przypomina ona jeden organizm, wyniszczający się od środka. Do tego po drugiej stronie politycznej barykady pojawia się młody, przystojny i sympatyczny, a równie cyniczny jak Frank, przeciwnik. Ale kim on jest, musicie się już przekonać sami. Obiecałem brak spoilerów.
Frank staje też naprzeciw topowych dziennikarzy, którzy w końcu odkrywają, jak skorumpowaną jest on postacią. Z czasem nawet zaczynają rozumieć jak do gruntu złym jest człowiekiem. Dawni polityczni sojusznicy, często przez Underwoodów oszukani czy skazani na zapomnienie, wracają, by się zemścić. Od 3. serii, gdy staje się bardziej potężny, Frank zmaga się zarówno z rosyjskim prezydentem Petrovem (przecudowna rola cynicznego, ale bardzo czarującego przywódcy upadającej Rosji, zagrana przez Larsa Mikkelsena), jak i z członkami własnego rządu – dawną kandydatką na wiceprezydenta czy sekretarz stanu. Wiele z tych potyczek ma charakter tymczasowy i najważniejsi przeciwnicy stają się sojusznikami na dłużej bądź na chwilę. I na odwrót. Ta dynamika jest bardzo ważna, bo wciąga i przykuwa nas przed monitorami może najbardziej ten ciągle bulgoczący waszyngtoński polityczny kocioł, w którym żaden cios nie jest niedozwolony, łapówka – finansowa czy polityczna – na porządku dziennym, zastraszanie, kłamstwo tak powszechne, że właściwie stają się rzeczywistością. Okazyjnie zdarza się nawet morderstwo na zlecenie. Frank nie cofa się przed niczym, żaden sposób nie jest dla niego zły. Uosabia nawet nie powiedzenie, że cel uświęca środki, bo dla Franka świętości nie istnieją, ale że po trupach najłatwiej dojść do celu. Uosabia czasem dosłownie, bo niektórych przeciwników nie da się inaczej wyeliminować niż uciszając ich na zawsze.

hoc_key_013_h.jpg
Frank i Claire stanowią małżeństwo idealne, doskonały mechanizm, który uzupełnia się i wydaje się nigdy nie psuć. Ale wszyscy jesteśmy ludźmi, nawet między nimi dojdzie do starcia. Dotrwajcie do 4 serii, żeby je zobaczyć.

I właśnie dlatego uważam, że Frank świetnie ilustruje jeden z ważnych powodów, dla których w roku 2016 nad prawdą zatriumfowała post-prawda. Jak w świecie tak zepsutym, jak pokazują twórcy „House of Cards”, można wierzyć jeszcze w jakiekolwiek pryncypia? Frank jest przecież upostaciowieniem tego wszystkiego, o co oskarżana była w kampanii Hillary – jest przekupny, jest notorycznym kłamcą, jest niebezpieczny dla wrogów i zdradza przyjaciół. Eliminuje przeciwników w ten czy inny sposób. A wszystkich bliskich ludzi niszczy. Do Pizzagate nie posunąłby się zapewne tylko dlatego, że byłoby to bez sensu. Ta afera jest tak głupia, że nie byłaby nikomu potrzebna. Gwałcenie dzieci przeznaczonych na organy w podziemiach pizzerii o najbardziej absurdalnej nazwie na świecie (Cosmic Ping Pong, sic!) nie przyniosłoby mu żadnej konkretnej politycznej korzyści. Ale gdyby mogło, Frank z pewnością by się na nie zdecydował. I właśnie dlatego, w moim silnym przekonaniu, tak wielu zdesperowanych ludzi uwierzyło w 2016 roku w post-prawdę – że politycy w końcu przekonali ludzi, że są, a na pewno mogą być, Frankami Underwoodami.

Mateusz Myślicki

Kłopot z Harrym Potterem

„Mam 33 lata i nigdy nie czytałem Harry’ego Pottera” brzmi jak wyznanie ze spotkania anonimowych ignorantów. Tym bardziej kiedy „siedzi się” w całym tym półświatku fantasy, geeków, nerdów, graczy, RPG-owców i miłośników planszówek. No jakoś nigdy wcześniej nie było czasu. Był Tolkien, nieudane podejście do „Opowieści z Narnii”, Dukaj, Ziemiański, Grzędowicz, nawet Piekara i Pilipiuk i dziesiątki innych. Potter jakiś taki zbyt mainstreamowy był.

Przyszedł jednak i ten moment. Końcówka roku stała pod znakiem powrotu do uniwersum Pottera. „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć” weszły niedawno do kin, a księgarnie zalała żółta fala egzemplarzy „Harry’ego Pottera i Przeklętego Dziecka”. To dobry moment, żeby przeczytać wreszcie sagę o Potterze, pomyślałem. I tak zrobiłem.

Recenzja skażona czasem i memami

Kiedy ogłosiłem swój zamiar w kręgu znajomych, wiele osób wydawało się bardziej podekscytowanych tym faktem niż ja sam. „Wow, przeżyjesz fantastyczną przygodę”, „ale ci zazdroszczę, że to jeszcze przed tobą”, „też bym chciała jeszcze raz”. To były opinie osób, których gust książkowy sobie ceniłem, więc byłem dobrej myśli. Były to też bez wyjątku opinie osób o dobrych kilka lat młodszych ode mnie. I to okaże się kluczowe. Bo saga o Harrym Potterze okazała się być lekturą miejscami żmudną i nużącą. I, prawdę powiedziawszy, po odłożeniu siódmej części na stolik nocny trochę odetchnąłem. Nie tęsknię szczególnie za młodym czarodziejem z potarganymi włosami.

Ale od początku.

To będzie dziwna recenzja, bo nikomu nie trzeba szczególnie tłumaczyć, o czym jej przedmiot traktuje. Wszyscy wiedzą, że Harry jest chłopcem – czarodziejem, wszyscy wiedzą, że przeżył swoją młodość raczej niezbyt szczęśliwie w domu wujostwa mugoli (czyli nie-czarodziejów), którzy, delikatnie mówiąc, za nim nie przepadali. I wszyscy wiedzą, że kiedy go spotykamy, jego życie się odmienia. Trafia do magicznej szkoły Hogwart, gdzie poznaje dwoje wiernych przyjaciół: Hermionę Granger i Rona Weasleya, z którymi przeżywa wiele niesamowitych przygód. Wszyscy wiedzą, że dyrektorem szkoły jest Albus Dumbledore, a jednym z nauczycieli, pałający czystą nienawiścią do Harry’ego, Severus Snape. Śmiertelnym wrogiem Harry’ego zaś jest Voldemort.

snape-meme
Jeden z memów z Severusem Snapem, który akurat NIE zdradzi wam ważnego elementu fabuły. Niestety takich, które zdradzą, też jest dużo.

I wszyscy wiedzą, że… no właśnie. Zaczynamy czytać książkę, o której naprawdę wiele już wiemy. W dobie mediów społecznościowych człowiek co chwilę potyka się w swoich wycieczkach po Internecie o memy. Dowiemy się z nich, jaki będzie ostatecznie los Dumbledora i co naprawdę kierowało Severusem Snapem. Poznamy, mniej więcej, jak będą rozwijać się romantyczne relacje bohaterów. A być może dowiemy się też rzeczy bardziej szczegółowych: co jest ostatnim Horcruxem, kto zostanie żoną Harry’ego. I jak kończy się całość.

Dotychczasowa ogromna popularność sagi o Potterze jest więc problematyczna. Żeby mieć szansę przeczytać książki bez zespoilowania ich sobie przypadkiem, trzeba by chyba żyć w domku w lesie, bez Internetu. Można też być bardzo zdeterminowanym i ustawić jakąś formę blokady internetowej na każdy mem związany z Potterem. Inaczej będziemy wiedzieć wiele rzeczy już przed lekturą. I choć nie jest to wina autorki, to wpływa na przyjemność z lektury. Bo każdy chyba przyzna, że los Dumbledora czy historia i motywacje Snape’a są prawdziwymi gwoździami programu i wiedza o nich znacznie obniża przyjemność czytania.

Ten pierwszy kłopot nie wynika z winy autorki. Ale są też inne. I tu już wina leży po stronie Rowling.

Dłużyzny, czyli czy naprawdę potrzebujemy 3000 stron

Kiedy bierzemy do ręki pierwszą część serii „Harry Potter and the Philosopher’s Stone” (czytałem po angielsku, podaję angielskie tytuły), okazuje się ona mieć 330 stron. Podobnie druga: „… and the Chamber of Secrets”. Od trzeciej tendencja wzrostowa w liczbie stron jest stała, aż do 800 stron części piątej „… and the Order of the Phoenix”. Części piątej, w moim głębokim przekonaniu, najgorszej. Gdybym nie powiedział sobie, że serię przeczytam do końca, trochę z poczucia obowiązku, a trochę, bo miałem pomysł na napisanie tej recenzji po latach już w głowie, prawdopodobnie w tym momencie książkę bym odłożył i nigdy do niej nie wrócił.

Tu objawia się główny problem serii. Książka zaczyna się nieźle. Harry, pozostawiony sam sobie, czeka na jakiekolwiek informacje od członków tytułowego Zakonu Feniksa, organizacji czarodziejów walczących z demonicznym Voldemortem. Dobrze budowane jest napięcie i oddane irytacja, zagubienie oraz strach opuszczonego nastoletniego chłopca; dobrze rozegrane wydarzenia, które w końcu go z członkami Zakonu jednoczą. Rowling zaostrza nasze apetyty na naładowaną akcję, bardziej mroczną niż poprzednie, część. Nareszcie!

_VON7582a.jpg
Hogwart – miejsce, gdzie w książkach spędzimy zdecydowanie za dużo czasu.

I wtedy trafiamy do Hogwartu. I z książką zaczyna dziać się to, co dla dorosłego czytelnika musi być najsłabszą stroną serii. Przez 500 stron autorka opisuje, PO RAZ PIĄTY, codzienne życie szkoły, relacje między uczniami, magiczne zajęcia, turnieje Quidditcha – wyjątkowo skomplikowanej dyscypliny sportu uprawianej przez czarodziejów latających na miotłach. Jednocześnie obserwujemy niepokojące zmiany w szkole, opanowywanej przez koszmarną czarownicę, nudną i okrutną, ropuchopodobną Dolores Umbridge. Jest ona całkowitym przeciwieństwem dotychczasowego pryncypała szkoły, obdarzonego wielką wyobraźnią, ale też wiarą w ludzi, profesora Dumbledore’a.

Sam ten proces jest intrygujący i warto przyglądać mu się z bliska. Ale przynajmniej 400 z 800 stron jest niepotrzebnych, bo nie posuwa akcji do przodu ani nie podaje nowych informacji. Bo o ile opis magicznych aktywności na lekcjach w pierwszych dwóch tomach serii był tym, co mnie do niej przyciągnęło, o tyle w kolejnych już po prostu nuży. A autorka wraca do szkoły i do opisu mniej więcej tych samych aktywności w każdej części. W tych momentach czułem się jakbym oglądał serial o nastoletnich czarodziejach, gdzie twórcy mieli fajny pomysł na pierwszą i drugą serię, a potem zostały im już tylko pomysły na rozpoczęcia i zakończenia serii, za to środkowe części wypełniali tym samym, lekko zmodyfikowanym materiałem…

harry-potter-5th-book
5 część serii “Harry Potter and the Order of the Phoenix” znużyła mnie na tyle, że prawie przerwałem przy niej czytanie.

„Ale ta książka ze mną dorastała”, czyli problem z Hogwartem

… i tu dochodzimy do głównej słabości sagi, która była zapewne jej kiedyś największym atutem. Oczami wyobraźni widzę, jak duża część moich czytelników oburza się, czytając krytykę „nużącego” wracania do Hogwartu. „Ale przecież o to chodzi”, „Hogwart był najlepszy”, „czekałam na kolejną część tylko po to, żeby znowu wrócić do Hogwartu”, „to był mój kolejny dom”,

ale ja

z tą książką

dorastałem!”

Tak, ja to rozumiem, ale moim zdaniem z tego wynika masę problemów serii o Potterze. Poszczególne tomy ukazywały się w latach: 1997, 1998, 1999, 2000, 2003, 2005 i 2007. Czyli jeśli jesteście z roczników od połowy lat 80. do połowy lat 90., to urodziliście się w doskonałym momencie, żeby z tą serią dorastać. Rowling bowiem doskonale przewidziała zapotrzebowanie młodzieży i zróżnicowała treść tak, żeby 1. część była odpowiednia dla 10-12–latka, a ostatnią czy przedostatnią z przyjemnością mógł czytać człowiek młody, choć już dorosły.

Pisarka stara się też, żeby czytelnicy wracający do lektury czuli się jak u siebie. Mamy, jako ludzie, taki mechanizm, że lubimy i dobrze czujemy się w miejscach i sytuacjach znajomych. Jest bezpiecznie. Jest swojsko. Hogwart jest swojski. Zwróćcie uwagę, że to zagrożenie zniszczenia Hogwartu w ostatniej części wydaje się jedną z bardziej szokujących rzeczy.

Ale mechanizm swojskości działa tylko wtedy, gdy do książki wracamy co parę lat. Rowling ma nawet irytujący zwyczaj powtarzania znanych nam faktów w kolejnych częściach, na wypadek, gdyby czytelnik, wracający po roku czy trzech, zapomniał. To wszystko powoduje, że seria o Potterze, jako jedna długa opowieść, bywa żmudna i nudna.

Żeby więc docenić w całości tę serię, musiałbym spełnić dwa warunki: być odcięty od Internetu, żeby nie znać kluczowych dla fabuły wydarzeń, i narzucić sobie od początku reżim czytania jednej książki na rok, prawdopodobnie przed 5. i 6. powinienem dać sobie dwa lata. To warunki, jak widzicie, dość absurdalne. A dla czytelników „dziewiczych”, tych, którzy czytali książkę, gdy kolejne części wychodziły, z góry spełnione.

Beczułka dziegciu, beczułka miodu

To nie znaczy, że uważam tę serię za nieudaną. Rowling bardzo dobrze maluje świat czarodziejskiej Anglii. Opisy są plastyczne i bez trudu przenoszą w fikcyjne miejsca. Jednocześnie świat czarodziejów jest na tyle bliski naszemu, że bardzo łatwo zrobić jeden krok w „tamtą” stronę i zobaczyć panią Weasley „robiącą” obiad: rzuca zaklęcie na noże, by kroiły warzywa, następnie jednym machnięciem różdżki sprawia, że składniki przelatują do garnków, pod którymi ogień zapala się automatycznie (choć to ostatnie już nie takie magiczne dziś). To nie tak odległe od tego co znamy, jak lembasy, orki i wysokie elfy.

the-burrow
The Burrow – magiczny dom rodziny Weasleyów.

Czarodzieje i ich świat nie różnią się od nas tak bardzo, a jednocześnie są świetnie odmalowani – wszystkie pierwszo- i drugoplanowe postacie mają swoje wyraźne cechy charakteru, motywacje, temperamenty, nadzieje, tęsknoty oraz obawy.

Najmocniejszą stroną książki są dobrze stworzone główne postacie. Chętnie utożsamiamy się z upartym i szlachetnym Harrym, mądrą, ostrożną Hermioną czy obrażalskim, ale lojalnym Ronem. Z przyjemnością śledzimy proces dojrzewania Neville’a; łatwo nam także zrozumieć odrealnioną Lunę, która przede wszystkim pragnie przyjaźni. Dziwimy się, że za błazeństwami Freda i George’a Weasleyów stoi strach przed powieleniem biedy panującej w domu. Zawsze trochę rozluźnia nas pojawienie się Hagrida – olbrzyma o gołębim sercu. A na koniec wstrząsa nami historia Severusa Snape’a (jeśli, jakimś cudem, nie poznaliśmy jej wcześniej w memach).

harry-potter-hermione-and-ron
Hermione Granger, Ron Weasley, Harry Potter. Trójka głównych bohaterów jest bardzo dobrze odmalowana.

Tak, Rowling postacie umie tworzyć bardzo dobrze (może poza „plastikowym” Albusem Dumbledorem, ale to jedno potknięcie). Potrafi też malować miejsca i krajobrazy. Ręka w górę, kto wyobrażał sobie przed snem wycieczki po Hogwarcie śladami Harry’ego; kto nie bał się lasu położonego obok Hogwartu; kto nie rozumiał dobrze Harry’ego, gdy tak strasznie chciał wyrwać się z nudnego Privet Drive.

Rozumiem też, że w opowieściach o Harrym Potterze pociąga swoista miękkość zawartej w nich fantastyki. Choć jest to świat w całości magiczny, to jest to jednocześnie świat obok, a nie jakieś mityczne Śródziemie albo „a galaxy far far away”. Świat, który może, przy dużej dawce szczęścia, i gdyby bardzo mocno w niego uwierzyć, mógłby istnieć. O którym moglibyśmy nie wiedzieć, bo przecież czarodzieje nie chcieliby, żebyśmy się dowiedzieli. Pomarzyć zawsze dobrze, prawda?

To nie jest też tak, że Rowling nie umie konstruować akcji. W szóstej i siódmej części sagi akcja poprowadzona jest w miarę sprawnie i wciąga. Zakończenie też jest całkiem niezłe i, choć momentami naciągane, to jednak sensowne i zadowalające, a nawet zaskakujące. Niestety, przez większą część z 3000 stron Rowling sama stopuje akcję. Zmusza nas do powrotu do szkoły czarodziejów, gdzie spędziliśmy właśnie 200/300/500 stron z poprzednią książką, którą właśnie odłożyliśmy na stolik nocny. Sięgając po kolejną. I zmusza nas, byśmy tam siedzieli, oglądając nudny serial o dzieciach-czarodziejach i ich problemach. O których w większości czytaliśmy w poprzedniej serii. Tylko dlatego, że chciała stworzyć książkę, do której co rok wracały dzieci, często nienawykłe do czytania (znałem ludzi, którzy czytali w życiu tylko Harry’ego Pottera). Największą siłą tej serii jest to, że tak łatwo się do niej wraca. Że swoim leniwym tempem nie zmusza nas do specjalnego wysiłku, dając szansę na zaciekawienie czytaniem osób do niego nienawykłych. Jest to też jej największą słabością.

Mateusz Myślicki