Mężczyźni świetnie wyglądają w mundurach SS – “Człowiek z Wysokiego Zamku”

Philip K. Dick był chyba szalony. Niektóre, zupełnie nierealne, wizje, które przenosił do swoich książek, do dziś wpędzają mnie w osłupienie i oczarowują klimatem – jak te z powieści „Ubik” i „Blade Runner” czy części opowiadań. A może Phlilip K. Dick nie był szalony, może po prostu było mu niewygodnie ze światem, może potrzebował od niego ucieczek, które nam opisywał, może dziwne głosy mówiły do niego i musiał uciszać je substancjami, może denerwowało go, spostrzegawczego przecież, że ludzie mówili na niego, że był dziwakiem? Nie mi odpowiadać na to pytanie, ale ślady tego wszystkiego można odnaleźć w jego twórczości.

Znany był jako zatwardziały antykomunista i konserwatysta, który kiedyś napisał do FBI, Dick graphże należy natychmiast przeciwdziałać szkodliwej działalności szajki najzdolniejszych komunistycznych pisarzy, działającej pod kryptonimem LEM, która planuje zdusić amerykańską fantastykę. Komuniści, donosił, muszą kłamać – rzekomy polski pisarz Stanisław Lem nie może istnieć. Nikt nie jest tak uzdolniony, nikt nie ma tylu genialnych pomysłów, nikt nie umie być pisarskim kameleonem, zmieniającym co chwilę styl.

Był człowiekiem wyznającym jasne katolickie zasady. Stworzył między innymi opowiadanie o tym, że amerykański rząd rozszerzył prawo do aborcji, można jej też dokonywać na kilkuletnich dzieciach, co do których się rozmyśliło. Uliczkami idyllicznych amerykańskich przedmieść krążą ciężarówki udające sklepy z lodami i zabierają niechciane dzieci. Nie pamiętam, co z nimi robiły, ale dzieci nie wracały. Do dziś mam tę wizję wyrytą w głowie. Budzi nieprzyjemne dreszcze.

Dick był bardzo sugestywny, wiele ze swoich książek napisał zapewne pod wpływem narkotyków. Niektóre, jak „Ubik”, to na dzieła genialne, inne należy omijać szerokim łukiem. Kiedy za dzieciaka zaczytywałem się nimi, zawsze omijałem jedną – opowieść o tym, jak Ameryka przegrała II wojnę światową i teraz jest podzielona na niemiecką i japońską strefę wpływów. Adolf Hitler, jak mówią, ma wkrótce umrzeć i wtedy rozpęta się walka o władzę i III wojna światowa. Ta wizja wydawała mi się zbyt absurdalna, kiczowata nawet. A potem ktoś stworzył na tej podstawie serial. Polecać zaczęli mi go ludzie, którym ufam.

***

I tak, nieczytawszy nigdy książki, obejrzałem „Człowieka z Wysokiego Zamku”. Już wiecie, o czym to jest – pod koniec drugiej wojny światowej Niemcy pierwsi opracowują bombę atomową i zrzucają ją na Amerykę, która wkrótce po tym kapituluje. W 1949 r. stracony zostaje Józef Stalin. Zniewolenie Czarnego Kontynentu jest wielką przygodą dla niemieckich żołnierzy, zduszenie oporu dzikich i dumnych wodzów afrykańskich plemion (choć to przecież tylko podludzie) daje masę frajdy tępiącym ich nazistom. Stopniowo świat zaczyna prosperować pod niemiecką dominacją, a Berlin staje się jego centrum.

Ameryka podzielona zostaje na niemiecką i amerykańską strefę wpływów. Wschód kontynentu staje się ważną częścią Rzeszy. I to, co z tego wynika, jest w serialu najciekawsze. Świat à rebours, gdzie pośrodku amerykańskiej flagi widnieje swastyka, Żydów się tępi, a w szpitalach, w imię nazistowskiej filozofii, zabija ludzi starych, upośledzonych umysłowo i śmiertelnie chorych, tak, że okolice nawiedzane są przez przypominające śnieg opady, pochodzące z kominów spalarni trupów.

highcastle map.png

Kiedy poznawałem ten świat, przypomniało mi się, jak za młodu poświęciłem setki godzin na grę komputerową „Fallout” (po polsku: opad radioaktywny), w której bohater porusza się po Ameryce spustoszonej wojną atomową. Eksplorując brutalny, zdziczały świat, gracz co chwilę natrafia na relikty przeszłości/normalności – szczątki dawnej architektury i kultury, prasę, książki. Walutą w grze są kapsle od butelek po popularnym napoju żywo przypominającym Coca-Colę. Gnieżdżący się w schronach przeciwatomowych ludzie są raczeni antyatomową propagandą jakby żywcem przeniesioną z lat 50. Świat „Fallouta” oferuje nam także wycieczkę w miejsca absolutnie przerażające i wypaczone, jakby żywcem wyjęte z nocnego koszmaru.

Podobnej podróży zaznaje widz, oglądając „Człowieka z Wysokiego Zamku” – po świecie odwróconym, choć z pozoru normalnym. Ludzie pracują, zakładają rodziny, świętują dzień zwycięstwa Rzeszy nad zgniłą demokracją i słuchają przemówień Adolfa Hitlera w telewizji. Czasami jednak bohaterowie natrafiają na miejsca przerażające: do specjalnego pokoju w poczekalni w japońskiej komendzie policji, gdzie wszystkie meble owinięto folią, a drzwi zatrzaskują się od środka – na suficie zamontowane są wywietrzniki, przez które może polecieć ulepszony gaz cyklon-B. Wspomnianą już okolicę okołoszpitalną z opadem ze spalonych ludzkich szczątków. Masowy grób, nawet nie przysypany ziemią, do którego wrzucane są dziesiątki ciał przeciwników reżimu.

Akcja serialu obraca się wokół tajemniczych filmów, które pokazują inny od znanego bohaterom świat. W tym innym świecie Rzesza została pokonana, a na Japonię zrzucono bombę atomową. Filmy zdobywa i szmugluje do tajemniczego Człowieka z Wysokiego Zamku ruch oporu, działający w obu strefach okupacyjnych i w strefie neutralnej.

Role głównych bohaterów pozytywnych: angażującej się w ruch oporu Juliany Crain, nazistowskiego agenta o chłopięcej buźce, który udaje członka ruchu oporu, Joe Blake’a oraz Franka Frinka, narzeczonego Crain o żydowskich korzeniach, są zagrane poprawnie, ale nie powalają. Tworzą oni nieskonsumowany trójkąt miłosny, a to ostatnio w kinie bodaj największe cliché. Ot, dwójka młodych aktorów, zdobywająca poważne szlify w biznesie, wysyła sobie niezliczone długie spojrzenia. Grający Frinka, bardziej doświadczony, Rupert Evans, trochę się wyróżnia, ale rolę, poza początkowymi dramatycznymi scenami, ma raczej mało porywającą – ciągle w cieniu wiszącego w powietrzu romansu tamtej dwójki.

Zupełnie inaczej sprawa ma się z głównym szwarccharakterem Obergruppenführerem Johnem Smithem. Wszystko w tej kreacji jawi mi się jako perfekcyjne: poczynając od imienia i nazwiska bohatera oraz twarzy Rufusa Sewella, jakby stworzonej do grania psychopatycznego, diabelnie inteligentnego i dobrze prezentującego się nazisty.

John Smith after Battle
Obergrupenfuhrer John Smith po wygranym starciu z czwórką rebeliantów

Sewell Doskonale wchodzi  w rolę dotąd niepokonanego bad guya. Zdolny jest przejrzeć każdy spisek i umieścić swojego agenta, Joe’go Blake’a w strukturach ruchu oporu. Wychodzi zwycięsko z zasadzki 4 uzbrojonych przeciwników tylko z pistoletem w ręku. Jest w stanie przejrzeć dawnego przyjaciela-zdrajcę i złapać w pułapkę jego mocodawcę – starego lisa, doświadczonego jeszcze w II wojnie dowódcę. A to wszystko na chwałę Führera. Do tego ma piękny dom, kochającą, mądrą i piękną żonę, której może zaufać z każdą najohydniejszą (dla nas) prawdą, oraz gromadkę dzieci, w tym syna, z którego osiągnięć w Hitlerjügend jest szczególnie dumny. Pod koniec pierwszej serii pojawia się i w tym obrazie idealnej machiny żołnierskiej zgrzyt. Kiedy okazuje się, że syn jest nieuleczalnie chory, Smith postawiony zostaje przed tragicznym wyborem: takich dzieci Rzesza nie potrzebuje i eliminuje je.

Na wspomnienie zasługuje też gra Cary-Hiroyukiego Tagawy jako ministra handlu Nobusukego Tagomiego (jeśli odmieniłem te nazwiska źle, proszę o informację!). To bardzo skupiona, tragiczna kreacja człowieka postawionego pomiędzy obowiązkiem a własną moralnością. Z nim też jest powiązany wątek, sugerujący, że świat, który widz ogląda w serialu, nie jest jedynym możliwym, a może w ogóle nie jest prawdziwy. I z taką zagwozdką kończymy oglądać pierwszą serię.

Mam nadzieję, że druga, która właśnie wychodzi (zawsze czekam na całość, zanim zacznę oglądać), przyniesie fascynujące odpowiedzi.

Mateusz Myślicki

 

Advertisements

Published by

widzialemczytalem

Jestem 33 letnim facetem. Aktualnie uczę angielskiego i próbuję zrobić doktorat. Byłem w życiu profesjonalnym graczem komputerowym, dziennikarzem na pół etatu, wykładowcą na ćwierć etatu, brygadzistą w ekipie wywożącej ciężkie odpadki z fabryki (na etat, za granicą), nieudanym pokerzystą. I parałem się paroma innymi rzeczami. Kim bym nie był jedno towarzyszyło mi zawsze - uwielbienie dla dobrych historii. Od czasu adaptera, który stał w domu i co jakiś czas, ku zachwytowi kilkuletniego dzieciaka odtwarzał historię mola książkowego Miki Mola, przez pochłoniętą w wieku kilkunastu lat w zarwane noce Trylogię Tolkiena, do dzisiejszych seriali i kryminałów - dobre historie były moim narkotykiem. Żyjąc w Anglii nauczyłem się szybko czytać po angielsku, bo brakowało mi książek, więc naprawdę, dosłownie, serio nie potrafię żyć bez gawęd i opowieści. Tutaj chciałem się tą pasją podzielić.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s