Pisarze piszą seriale #1 – Okupowani

Seriale telewizyjne to przede wszystkim opowieści. Niby to oczywiste, ale mam wrażenie, że czasem o tym zapominamy. Zachwycamy się technikolorem i muzyką w „Utopii”, narzekamy na to, że bitwy ze smokami w „Grze o tron” są nie dość epickie czy podziwiamy kreację Bryana Carstona jako Waltera White’a w „Breaking Bad” (albo trochę smucimy, ze Nicolai Caster-Waldau dostał rolę zbyt jednowymiarową we wspomnianym już „GoT”).

Bądźmy jednak szczerzy – bez dobrej historii wszystko to psu na budę. Kiedy na przełomie 2007 i 2008 r. w USA zastrajkowali scenarzyści, przemysł serialowy stanął. Bez historii do opowiedzenia nie ma serialu. Bez dobrej historii nie ma dobrego serialu. A kto inny nadaje się do snucia świetnych historii jak nie zawodowi pisarze? To jest zapewne podstawą sukcesu „Gry o tron” – scenariusz oparty na niezwykle bogatych fabularnie książkach. A najlepsze odcinki „Doctora Who” napisał Neil Gaiman.

Tym tekstem chciałem zacząć bloga i mini serię o serialach stworzonych przez pisarzy, bądź z literackimi pierwowzorami. Czyli, w mojej ocenie, ostatnio serialach najlepszych. Nie o „Grze” jednak jest ten tekst. Ani o niezwykłym „Doktorze”. Ten tekst jest o norweskim „Okkupert”.

***

Zasiadając do „Okupowanych” miałem wysokie oczekiwania. Bardzo wysokie. Autora scenariusza uznaje się za jednego z najpłodniejszych i najzdolniejszych pisarzy ostatnich lat. Jo Nesbo zdobył chwałę, bogactwo i miejsce w historii światowego kryminału serią o detektywie Harrym Hole (czyt. holi). Norwegia, czy Skandynawia w ogóle, wydaje się być idealnym miejscem do rozgrywania pogrążonych w szarości i śniegu ponurych historii. Zimno, mało słońca, które w Oslo zimą zachodzi około 15:00 a ludzie skryci. Nesbo jednak, zmęczony ostatnio komisarzem, jego demonami i szarym Oslo, napisał scenariusz dynamiczny i prężny. Na zdjęciach zaś możemy podziwiać raczej piękno norweskiej przyrody i nowoczesnych miast niż śnieg i szare zaułki pełne narkomanów.

Mamy niedaleką przyszłość. Norweski rząd po huraganie, który spustoszył niedawno wybrzeże kraju, decyduje się pokazać światu drogę do walki z globalnym ociepleniem i całkowicie zaprzestaje wydobycia ropy i gazu. Proponuje zastąpienie ich torem, pierwiastkiem używanym w produkcji energii jądrowej. Podczas otwarcia jednej z takich nowoczesnych elektrowni norweski premier Jasper Berg zostaje porwany. Okazuje się, że Rosjanie dogadali się z Unią Europejską, wspólnie uznali, że zaprzestanie wydobycia jest niedopuszczalne i postanowili zaradzić temu problemowi w stary, dobry sposób – przymuszając słabszy kraj do swojej woli siłą. Norweski premier zostaje więc porwany przez specnaz a, zanim zostanie wypuszczony, w rozmowie z unijnym przedstawicielem postawiony przed wyborem: wojna, której nie może wygrać, bądź bratnia pomoc Rosjan, dopóki Norwegowie nie przywrócą poprzedniego wydobycia. Nie chcąc wojny, Berg decyduje się na przyjęcie tego, co właściwie jest miękką okupacją.

Umieszczenie akcji w takich realiach daje twórcom pretekst do ciekawych obserwacji socjologicznych – jak społeczeństwo demokracji zachodniej, przekonane o własnych prawach i swobodach, poradzi sobie z nową sytuacją. Jak jego politycy zareagują na zetknięcie z brutalną siłą autorytarnego systemu. To porównanie wypada pesymistycznie – Berg mówi jednemu ze swoich ministrów: „Moje socjaldemokratyczne przekonania były słabością dla Rosjan”. Norwescy politycy są zagubieni, dają się manipulować rosyjskiej ambasador Irinie Sidorovej (świetna rola Ingeborgi Dapkunaite) i antypatycznemu, cynicznemu i, co znamienne, nienazwanemu z imienia, przedstawicielowi UE. Za bardzo wierzą w uczciwy świat, który ma sens. Doskonale swoją rolę gra Henrik Mestad, jako Jasper Berg, którego spotykamy w chwili triumfu, gdy otwiera elektrownię napędzaną torem, a który stacza się politycznie i osobiście, miotając pomiędzy niemożliwymi wyborami – wywołania wojny lub kolaboracji z, de facto, okupantem. Kiedy zaś wydaje się, że już sięga dna, przechodzi całkowite odrodzenie.

Społeczeństwo jest z kolei sfrustrowane i rozgniewane – zaczyna się tworzyć ruch oporu, który przypomina bardziej grupę rozgniewanych dzieciaków niż świadomą siebie organizację. Dokonuje między innymi zamachów bombowe, które, zamiast zakończyć okupację, choć nic nie jest tu do końca oczywiste, przyczyniają się do jej przedłużenia. Twórcy przybliżają nam parę postaci: norweskiego agenta specjalnego ds. radzenia sobie z atakami na Rosjan Hansa Martina Djupvika, dziennikarza – idealistę Thomasa Eriksena i jego żonę Bente, która na inwazji niespodziewanie zyskuje, kiedy jej bankrutująca restauracja, przypadkiem umiejscowiona w bramie naprzeciwko ambasady rosyjskiej, zaczyna doskonale prosperować dzięki gościom – okupantom.

Nic tu nie jest czarno-białe. Bohaterowie robią głupstwa, dopuszczają się zdrad i małych świństw. Co znamienne, przez większość odcinków łatwiej przychodzi nam lubić rosyjską ambasador, która po prostu wykonuje swoją pracę i wykonuje ją bardzo dobrze, wiedząc, że gdy jej nie wykona, w Moskwie czeka na nią kara, niż chimerycznego, naiwnego, egotycznego premiera Berga, któremu za doprowadzenie do okupacji własnego kraju nie grozi nic oprócz politycznego bankructwa.

Ta mieszanka ludzkich wyborów i losów jest świetnie poprowadzona i dobrze przeplata się z zagadkami kryminalnymi, które opowiadane są jakby przy okazji głównego nurtu. Po początkowym trzęsieniu ziemi akcja uspokaja się, dążenia Berga do dyplomatycznego rozwiązania sytuacji wydają się przynosić skutki, aż wybucha bomba (dosłownie) i wszystko zaczyna się naprawdę komplikować. Pod koniec punkty kulminacyjne się mnożą, bohaterowie zmieniają strony pod wpływem tragicznych wydarzeń: porwań, zdrad i konfliktów osobistych i międzynarodowych. Ktoś umiera (choć nie ma się tego wrażenia, że twórcy marzyli o pracy w plutonie egzekucyjnym jak w „Grze o Tron”). Wszystko pędzi do wyśmienicie rozegranego zakończenia.

Dodatkową zaletą jest język norweski (sic!), którym posługują się postacie. Sam oglądam z angielskimi napisami i bardzo podoba mi się pomysł, żeby wszelkie rozmowy z cudzoziemcami odbywały się po angielsku – wtedy napisy wyłączają się i łatwo przychodziło rozróżnienie kto swój, a kto obcy. Taki mały smaczek, szczypta dobrej przyprawy do smacznego dania. Które gorąco polecam.

Mateusz Myślicki

Advertisements

Published by

widzialemczytalem

Jestem 33 letnim facetem. Aktualnie uczę angielskiego i próbuję zrobić doktorat. Byłem w życiu profesjonalnym graczem komputerowym, dziennikarzem na pół etatu, wykładowcą na ćwierć etatu, brygadzistą w ekipie wywożącej ciężkie odpadki z fabryki (na etat, za granicą), nieudanym pokerzystą. I parałem się paroma innymi rzeczami. Kim bym nie był jedno towarzyszyło mi zawsze - uwielbienie dla dobrych historii. Od czasu adaptera, który stał w domu i co jakiś czas, ku zachwytowi kilkuletniego dzieciaka odtwarzał historię mola książkowego Miki Mola, przez pochłoniętą w wieku kilkunastu lat w zarwane noce Trylogię Tolkiena, do dzisiejszych seriali i kryminałów - dobre historie były moim narkotykiem. Żyjąc w Anglii nauczyłem się szybko czytać po angielsku, bo brakowało mi książek, więc naprawdę, dosłownie, serio nie potrafię żyć bez gawęd i opowieści. Tutaj chciałem się tą pasją podzielić.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s