Dziwniejsze rzeczy widziałem niż “Stranger Things”

Mam fejsbukowy wall pełen nerdów. W zasadzie nic dziwnego, trochę czasu żyłem z grania w grę. Narobiło się przez ten czas znajomych i ci znajomi czasem wrzucą na walla coś wyjątkowego. I wtedy cieszę się jak dziecko, oglądając czy słuchając.

Ostatnio chyba przyszła w popkulturze moda na nerdów, bo przemysł zaczął w nich celować. I wyprodukował dziełko „Stranger Things”, w którym wychowany w latach 80. komputerowiec/rpgowiec/miłośnik komiksów najwyraźniej musi się zakochać. To sprytny manewr, ale trochę oszukańczy.

Wszystko zaczyna się bardzo interesująco. Czwórkę dzieciaków, czyli głównych bohaterów filmu, spotykamy, gdy grają w „Dungeons and Dragons”, pramatkę wszystkich gier RPG, gdzie w wyobraźni wcielamy się w wielkich wojowników, potężnych magów i sprytnych złodziejaszków. Gdy mama Mike’a, ich mistrza gry, przerywa rozgrywkę, jest już ciemna noc. Wracając do domu, jeden z chłopców zostaje zaatakowany przez nieznane stworzenie i znika. Chwilę wcześniej zaś, w tajnym rządowym ośrodku badawczym, coś bardzo złego wydostaje się na wolność, a wraz z tym czymś ucieka mała dziewczynka o niesamowitych mocach.

D&D_Game_1.jpg
Stół z rozgrywką w Dungeon and Dragons

W pierwszym epizodzie śledzimy losy dziewczynki, którą ścigają Źli Ludzie z Rządu, obserwujemy bezradność chłopców, których przyjaciel zniknął. Uczestniczymy w rozpaczy jego rodziny i bólu matki (świetna rola Winony Ryder). Jednocześnie starsza siostra głównego bohatera przeżywa swoją pierwszą miłość i fascynację Stevem Harringtonem, najprzystojniejszym chłopcem w szkole. Brzmi to wszystko banalnie, ale ogląda się świetnie – sceny są dobrze ze sobą połączone i zbalansowane, do tego aktorstwo jest na wysokim poziomie. Obgryzamy paznokcie, czekając co stanie się dalej.

No właśnie. Dalej nie dzieje się już zbyt wiele. Wątki wloką się niemiłosiernie i są zupełnie niezaskakujące. [UWAGA CAŁY AKAPIT TO SPOILER, choć bardzo ogólny, zapiszę go kursywą.] Dziewczynka, oczywiście, ma supermoce i, oczywiście, to ona spowodowała wydostanie się ZŁEGO na wolność. Oczywiście też, zawiązuje silną więź z chłopcami. Nancy, siostra głównego bohatera, Mike’a, oczywiście zakochuje się w chłopaku, który oczywiście okazuje się draniem, ale też, naturalnie, przechodzi pod jej wpływem przemianę. Rząd jest zły i prowadzi niebezpieczne eksperymenty i, to jasne, zupełnie jak w „Archiwum X”, zaciera ślady. Naturalnie, matka, którą wszyscy mają za szaloną, ma rację i chłopiec nie umarł. O tym, że Will nie umarł, przekonuje sceptycznego syna i doświadczonego przez życie szeryfa, który, przecież to jasne, był kiedyś supergliną w dużym mieście. Aha, chłopiec, ten porwany przez super-bestio-roślinę, przeżywa całe dni w alternatywnym świecie, jak z horroru, bez jedzenia, bez żadnego doświadczenia w sztukach survivalu, chowając się przed morderczą super-bestią na jej terenie. I na koniec zostaje uratowany przez matkę i szeryfa. A bestia ginie. I zły koleś z rządu też. Naturalnie.

Wkurzało was to ‘naturalnie’ i ‘oczywiście’ i ‘przecież to jasne’ w powyższym akapicie? Mnie też wkurzało, kiedy powtarzałem sobie w głowie te słowa, kiedy kolejny wątek posuwał się ślimaczo naprzód. Jeszcze żeby to wszystko działo się szybciej, to pewnie bym to kupił. I zrozumcie mnie dobrze, mój problem z tym serialem nie polega na tym, że te wątki są absurdalne, kocham dobre absurdalne rozwiązana. Mój problem polega na tym, że są banalne i rozciągnięte nieludzko w czasie. Około czwartego odcinka naprawdę zacząłem się nudzić.

monster-from-stranger-things.png
Kiedy główny bad guy wygląda tak, wiesz, że coś poszło nie tak.

A szkoda. Serial jest nostalgicznym hołdem złożonym latom 80., nasyconym cytatami z tamtego okresu, wabikiem na ludzi odczuwających nostalgię za „Miasteczkiem Twin Peaks”, „Z archiwum X” czy może nawet takimi tytułami jak „Eerie Indiana”, które można dziś obejrzeć w Internecie legalnie i za darmo. Gdy akcja postępuje, dzieciaki sypią cytatami z takich klasyków jak “Gwiezdne Wojny” i włączają historię tych dzieł w codzienne życie. Zdrajca jest nielojalny jak przyjaciel Hana Solo Lando Carlissian, ktoś inny ma mądrość Yody, a potwór, który porwał ich przyjaciela to Demogorgona z rozgrywki RPG. Ich pokoje, oraz pokoje ich braci i sióstr są oklejone plakatami hitów kinowych i gwiazd ówczesnej estrady. Młodzi bohaterowie faktycznie są zanurzeni w tamtą popkulturę, jeszcze nieskażoną wtórnością. Aha – muzyka, grająca w tle, też jest w całości przeniesiona z tamtego okresu. Cała praca nad przetykaniem akcji cytatami z początków popkultury udała się znakomicie.

Twórcy dokonali też prawie niemożliwego i znaleźli piątkę dzieci, z których dwójka gra doskonale, a pozostała trójka znośnie. A to niełatwe, dzieci zazwyczaj nie umieją grać. Do tego reżyser położył ciężar gry na dwójce najbardziej utalentowanych młodych aktorów – granym przez Finna Wolfharda Mike’u i Millie Bobby Brown, jako super-dziewczynce Eleven. Ogląda się całą czwórkę bardzo przyjemnie. Mistrzowsko zagrana została rola matki – Joyce Byers. Winona Ryder oddała ból po stracie syna w ten sposób, że czasem trudno sceny z nią przetrwać, są tak przejmujące. Pokazała, jak nadzieja matki, wiedzącej, że jej syn żyje, że daje jej sygnały z innego świata, musi wyglądać na szaleństwo. Że dla innych mieszkańców miasteczka, nawet dla jej syna, jest oczywistym popadaniem w, spowodowaną bólem, otchłań. Prawie debiutujący Charlie Heaton jako wspomniany starszy syn też doskonale poradził sobie z rolą wycofanego, inteligentnego i zakompleksionego outsidera. David Harbour grający szeryfa, choć ma rolę dużo łatwiejszą, to dobrze oddaje przystojnego twardziela z osobistą tragedią w tle. Nawet śliczna Natalia Dyer jako zakochana nastolatka Nancy gra niebanalnie.

Tylko ten scenariusz. Ten kiepski, niedopięty scenariusz. Mam wrażenie, że powinien na jego podstawie powstać film krótszy, czteroodcinkowy i wtedy chociaż akcja nie dłużyłaby się tak bardzo i nie irytowałoby przewidywalne, pozbawione jakiejkolwiek niespodzianki, zakończenie. Ale to, że scenariusze to słaba strona amerykańskiego przemysłu serialowo-filmowego, to też właściwie żadne zaskoczenie.

 Mateusz Myślicki

 

Advertisements

Głęboki mrok tuneli – “Metro 2033”

Ktoś się mnie zapytał ostatnio, czy warto przeczytać „Metro 2033” Dmitrija Glukhowskiego. Tak, warto, choć może się to skończyć nieodwracalną utratą resztek wiary w ludzkość.

Dmitrij Glukhowski jest człowiekiem, w którego duszy mieszka mrok. A przynajmniej tak o nim świadczy jego twórczość. Weźmy choćby przestrzeń, którą kreuje. Obie jego powieści, które przeczytałem, „Metro 2033” i „Futu.re”, mimo że rozgrywane w zupełnie innych miejscach – jedna w, funkcjonalnie, wielkim bunkrze, druga w sięgających chmur wieżowcach, pełne są szarych, odczłowieczonych przestrzeni. Nie ma w nich koloru. Życie, które je zamieszkuje, jest albo wypaczone albo skarlałe, a wszelka nadzieja na zmianę i lepszą przyszłość zniknęła już dawno. Witajcie w duchowej pustce, wydaje się mówić do nas autor.

Z kolei sytuacje, w jakich spotykamy bohaterów, opisałbym jako nabrzmiałe. Jak czyrak albo guz, z którymi wiedzą, że muszą żyć, ale które nie dają nadziei na poprawę w przyszłości, bo przeciąć je, to właściwie pewna śmierć. Kolokwialnie mówiąc: są w niezłej dupie. Jak Artem, bohater „Metra 2033”. Artem prawie całe życie spędził pod ziemią, nie widząc słońca ani nieba. Świat Artema jest światem post-atomowym. Nikt już nie pamięta, co dokładnie się stało, ale ktoś, Amerykanin bądź Rosjanin, wydał rozkaz i poleciały rakiety z głowicami atomowymi. Druga strona, Amerykanie lub Rosjanie, wystrzelili swoje rakiety w odwecie. Świat został spustoszony, a resztki ludności Moskwy ukryły się w tunelach metra, gdzie grube warstwy betonu nie pozwalają na przedostanie się promieniowania. Dostępna przestrzeń jest kluczowa dla tej książki (czy w ogóle dla twórczości Glukhowskiego, mam wrażenie) – świat zostaje skurczony do kilku kilometrów kwadratowych tuneli, które nie były budowane dla ludzi, ale dla pociągów. Nie ma prądu, jedynym źródłem światła jest ogień, bardzo niebezpieczny w zamkniętych przestrzeniach, i, dająca ponure czerwone światło, sygnalizacja awaryjna. W takich warunkach nie można też hodować roślin zielonych. Do spożycia pozostają więc grzyby i szczury i, tylko od święta, świnie.

A byt określa świadomość, chciałoby się rzec. Kilkadziesiąt czy kilkanaście tysięcy ludzi, które zamieszkuje metro, musi nieustannie walczyć o zdatne do zamieszkania dworce. Powraca trybalizm, ludzie łączą się w grupy wyznające kolektywne, proste wartości: siłę, dostatek pożywienia, agresję wobec obcych. Jest więc ekspansywna Linia Czerwona, jest budząca postrach i odrazę Czwarta Rzesza, jest i Polis, położone na stacjach pod dawnymi budynkami rządowymi i próbujące uratować resztki człowieczeństwa, tak, jak je rozumiano przed atomową apokalipsą, np. przez kolekcjonowanie księgozbiorów. Jest też potężna, koncentrująca się na handlu hanza, kontrolująca linię okrężną.

Mapa-Metro 2033.jpg
Mapa moskiewskiego metra w 2033 roku.

 

Czytelnik wraz z książką otrzymuje mapę całego metra z zaznaczonymi frakcjami (nawet tymi, na które Artem nie trafia) i zagrożeniami, czyhającymi w metrze – o niektórych z nich Artem dowiaduje się z rozmów z ludźmi na kolejnych odwiedzanych stacjach, albo napotyka na nie osobiście. Aby dowiedzieć się, które to są, czytelnik musi osobiście prześledzić trasę marszu Artema. Mapa jest strzałem w dziesiątkę. Ja, czytając, co chwilę sprawdzałem, gdzie Artem obecnie jest i w którym kierunku zmierza, a przy okazji studiowałem mapę i zastanawiałem się, jakie „zagrożenia psychiczne” czekają pomiędzy Sewastopolską i Czertanowską, jak wyglądają stacje zajęte przez Moskiewski Uniwersytet Państwowy albo czym jest tajemniczy kult Wielkiego Czerwia. Niektórych z tych rzeczy dowiemy się z książki, inne pozostaną tylko w sferze domysłów. I w tym cała frajda, bo pozostaje tyle obszarów do wypełnienia przez wyobraźnię.

Poza metrem istnieje oczywiście powierzchnia, ale wychodzenie na nią, dla nieprzygotowanego człowieka, momentalnie musi skończyć się śmiercią od promieniowania. Jeśli założy chroniący go skafander, słońce dosłownie oślepi go, wypalając przyzwyczajone do mroku oczy, jeśli wyjdzie w nocy, zabiją go zmutowane stwory, czyhające na łatwą ofiarę, a jeśli przeciwko nim się uzbroi, to wystarczy, że spojrzy w stronę widocznego zawsze w oddali Kremla, a tajemnicza, demoniczna siła, która tam zamieszkała, opanuje jego mózg i przyciągnie go w mury dawnej siedziby władców Rosji, z której nigdy już nie wróci.

Ta wyliczanka niebezpieczeństw, gdzie za każdym, przed którym się uchronimy, czai się kolejne, większe, jest symptomatyczna dla logiki światów Glukhowskiego.

Artem jednak i tak próbuje, i udaje się, wraz z przygotowanymi do tego stalkerami, na powierzchnię. Najpierw, by znaleźć tajemniczą księgę, a potem, żeby rozprawić się z przerażającymi Czarnymi, opanowującymi ludzkie mózgi i budzącymi w nich głęboką depresję, prowadzącą do samobójstwa. To przez nich w ogóle wyruszył na swoją wyprawę i wreszcie, na koniec, ma okazję ich zniszczyć. Tylko czy w tym nasyconym niebezpieczeństwami świecie oni na pewno są wrogami?

O tym musicie przekonać się sami. Jak i dlaczego w ogóle Artem wyruszył na wyprawę i co z tym ma wspólnego Hunter, dlaczego nie należy zapuszczać się w niektóre tunele samemu, jak wygląda Polis i dlaczego jego włodarze pragną tajemniczej księgi. Oraz kim są i czego chcą wyznawcy Wielkiego Czerwia. Ach, i kim naprawdę są Czarni. Musicie otworzyć książkę i zapuścić się w ten mroczny, klaustrofobiczny świat. Tylko pamiętajcie, wcześniej porzućcie wszelką nadzieję.

Mateusz Myślicki

Mężczyźni świetnie wyglądają w mundurach SS – “Człowiek z Wysokiego Zamku”

Philip K. Dick był chyba szalony. Niektóre, zupełnie nierealne, wizje, które przenosił do swoich książek, do dziś wpędzają mnie w osłupienie i oczarowują klimatem – jak te z powieści „Ubik” i „Blade Runner” czy części opowiadań. A może Phlilip K. Dick nie był szalony, może po prostu było mu niewygodnie ze światem, może potrzebował od niego ucieczek, które nam opisywał, może dziwne głosy mówiły do niego i musiał uciszać je substancjami, może denerwowało go, spostrzegawczego przecież, że ludzie mówili na niego, że był dziwakiem? Nie mi odpowiadać na to pytanie, ale ślady tego wszystkiego można odnaleźć w jego twórczości.

Znany był jako zatwardziały antykomunista i konserwatysta, który kiedyś napisał do FBI, Dick graphże należy natychmiast przeciwdziałać szkodliwej działalności szajki najzdolniejszych komunistycznych pisarzy, działającej pod kryptonimem LEM, która planuje zdusić amerykańską fantastykę. Komuniści, donosił, muszą kłamać – rzekomy polski pisarz Stanisław Lem nie może istnieć. Nikt nie jest tak uzdolniony, nikt nie ma tylu genialnych pomysłów, nikt nie umie być pisarskim kameleonem, zmieniającym co chwilę styl.

Był człowiekiem wyznającym jasne katolickie zasady. Stworzył między innymi opowiadanie o tym, że amerykański rząd rozszerzył prawo do aborcji, można jej też dokonywać na kilkuletnich dzieciach, co do których się rozmyśliło. Uliczkami idyllicznych amerykańskich przedmieść krążą ciężarówki udające sklepy z lodami i zabierają niechciane dzieci. Nie pamiętam, co z nimi robiły, ale dzieci nie wracały. Do dziś mam tę wizję wyrytą w głowie. Budzi nieprzyjemne dreszcze.

Dick był bardzo sugestywny, wiele ze swoich książek napisał zapewne pod wpływem narkotyków. Niektóre, jak „Ubik”, to na dzieła genialne, inne należy omijać szerokim łukiem. Kiedy za dzieciaka zaczytywałem się nimi, zawsze omijałem jedną – opowieść o tym, jak Ameryka przegrała II wojnę światową i teraz jest podzielona na niemiecką i japońską strefę wpływów. Adolf Hitler, jak mówią, ma wkrótce umrzeć i wtedy rozpęta się walka o władzę i III wojna światowa. Ta wizja wydawała mi się zbyt absurdalna, kiczowata nawet. A potem ktoś stworzył na tej podstawie serial. Polecać zaczęli mi go ludzie, którym ufam.

***

I tak, nieczytawszy nigdy książki, obejrzałem „Człowieka z Wysokiego Zamku”. Już wiecie, o czym to jest – pod koniec drugiej wojny światowej Niemcy pierwsi opracowują bombę atomową i zrzucają ją na Amerykę, która wkrótce po tym kapituluje. W 1949 r. stracony zostaje Józef Stalin. Zniewolenie Czarnego Kontynentu jest wielką przygodą dla niemieckich żołnierzy, zduszenie oporu dzikich i dumnych wodzów afrykańskich plemion (choć to przecież tylko podludzie) daje masę frajdy tępiącym ich nazistom. Stopniowo świat zaczyna prosperować pod niemiecką dominacją, a Berlin staje się jego centrum.

Ameryka podzielona zostaje na niemiecką i amerykańską strefę wpływów. Wschód kontynentu staje się ważną częścią Rzeszy. I to, co z tego wynika, jest w serialu najciekawsze. Świat à rebours, gdzie pośrodku amerykańskiej flagi widnieje swastyka, Żydów się tępi, a w szpitalach, w imię nazistowskiej filozofii, zabija ludzi starych, upośledzonych umysłowo i śmiertelnie chorych, tak, że okolice nawiedzane są przez przypominające śnieg opady, pochodzące z kominów spalarni trupów.

highcastle map.png

Kiedy poznawałem ten świat, przypomniało mi się, jak za młodu poświęciłem setki godzin na grę komputerową „Fallout” (po polsku: opad radioaktywny), w której bohater porusza się po Ameryce spustoszonej wojną atomową. Eksplorując brutalny, zdziczały świat, gracz co chwilę natrafia na relikty przeszłości/normalności – szczątki dawnej architektury i kultury, prasę, książki. Walutą w grze są kapsle od butelek po popularnym napoju żywo przypominającym Coca-Colę. Gnieżdżący się w schronach przeciwatomowych ludzie są raczeni antyatomową propagandą jakby żywcem przeniesioną z lat 50. Świat „Fallouta” oferuje nam także wycieczkę w miejsca absolutnie przerażające i wypaczone, jakby żywcem wyjęte z nocnego koszmaru.

Podobnej podróży zaznaje widz, oglądając „Człowieka z Wysokiego Zamku” – po świecie odwróconym, choć z pozoru normalnym. Ludzie pracują, zakładają rodziny, świętują dzień zwycięstwa Rzeszy nad zgniłą demokracją i słuchają przemówień Adolfa Hitlera w telewizji. Czasami jednak bohaterowie natrafiają na miejsca przerażające: do specjalnego pokoju w poczekalni w japońskiej komendzie policji, gdzie wszystkie meble owinięto folią, a drzwi zatrzaskują się od środka – na suficie zamontowane są wywietrzniki, przez które może polecieć ulepszony gaz cyklon-B. Wspomnianą już okolicę okołoszpitalną z opadem ze spalonych ludzkich szczątków. Masowy grób, nawet nie przysypany ziemią, do którego wrzucane są dziesiątki ciał przeciwników reżimu.

Akcja serialu obraca się wokół tajemniczych filmów, które pokazują inny od znanego bohaterom świat. W tym innym świecie Rzesza została pokonana, a na Japonię zrzucono bombę atomową. Filmy zdobywa i szmugluje do tajemniczego Człowieka z Wysokiego Zamku ruch oporu, działający w obu strefach okupacyjnych i w strefie neutralnej.

Role głównych bohaterów pozytywnych: angażującej się w ruch oporu Juliany Crain, nazistowskiego agenta o chłopięcej buźce, który udaje członka ruchu oporu, Joe Blake’a oraz Franka Frinka, narzeczonego Crain o żydowskich korzeniach, są zagrane poprawnie, ale nie powalają. Tworzą oni nieskonsumowany trójkąt miłosny, a to ostatnio w kinie bodaj największe cliché. Ot, dwójka młodych aktorów, zdobywająca poważne szlify w biznesie, wysyła sobie niezliczone długie spojrzenia. Grający Frinka, bardziej doświadczony, Rupert Evans, trochę się wyróżnia, ale rolę, poza początkowymi dramatycznymi scenami, ma raczej mało porywającą – ciągle w cieniu wiszącego w powietrzu romansu tamtej dwójki.

Zupełnie inaczej sprawa ma się z głównym szwarccharakterem Obergruppenführerem Johnem Smithem. Wszystko w tej kreacji jawi mi się jako perfekcyjne: poczynając od imienia i nazwiska bohatera oraz twarzy Rufusa Sewella, jakby stworzonej do grania psychopatycznego, diabelnie inteligentnego i dobrze prezentującego się nazisty.

John Smith after Battle
Obergrupenfuhrer John Smith po wygranym starciu z czwórką rebeliantów

Sewell Doskonale wchodzi  w rolę dotąd niepokonanego bad guya. Zdolny jest przejrzeć każdy spisek i umieścić swojego agenta, Joe’go Blake’a w strukturach ruchu oporu. Wychodzi zwycięsko z zasadzki 4 uzbrojonych przeciwników tylko z pistoletem w ręku. Jest w stanie przejrzeć dawnego przyjaciela-zdrajcę i złapać w pułapkę jego mocodawcę – starego lisa, doświadczonego jeszcze w II wojnie dowódcę. A to wszystko na chwałę Führera. Do tego ma piękny dom, kochającą, mądrą i piękną żonę, której może zaufać z każdą najohydniejszą (dla nas) prawdą, oraz gromadkę dzieci, w tym syna, z którego osiągnięć w Hitlerjügend jest szczególnie dumny. Pod koniec pierwszej serii pojawia się i w tym obrazie idealnej machiny żołnierskiej zgrzyt. Kiedy okazuje się, że syn jest nieuleczalnie chory, Smith postawiony zostaje przed tragicznym wyborem: takich dzieci Rzesza nie potrzebuje i eliminuje je.

Na wspomnienie zasługuje też gra Cary-Hiroyukiego Tagawy jako ministra handlu Nobusukego Tagomiego (jeśli odmieniłem te nazwiska źle, proszę o informację!). To bardzo skupiona, tragiczna kreacja człowieka postawionego pomiędzy obowiązkiem a własną moralnością. Z nim też jest powiązany wątek, sugerujący, że świat, który widz ogląda w serialu, nie jest jedynym możliwym, a może w ogóle nie jest prawdziwy. I z taką zagwozdką kończymy oglądać pierwszą serię.

Mam nadzieję, że druga, która właśnie wychodzi (zawsze czekam na całość, zanim zacznę oglądać), przyniesie fascynujące odpowiedzi.

Mateusz Myślicki

 

Pisarze piszą seriale #1 – Okupowani

Seriale telewizyjne to przede wszystkim opowieści. Niby to oczywiste, ale mam wrażenie, że czasem o tym zapominamy. Zachwycamy się technikolorem i muzyką w „Utopii”, narzekamy na to, że bitwy ze smokami w „Grze o tron” są nie dość epickie czy podziwiamy kreację Bryana Carstona jako Waltera White’a w „Breaking Bad” (albo trochę smucimy, ze Nicolai Caster-Waldau dostał rolę zbyt jednowymiarową we wspomnianym już „GoT”).

Bądźmy jednak szczerzy – bez dobrej historii wszystko to psu na budę. Kiedy na przełomie 2007 i 2008 r. w USA zastrajkowali scenarzyści, przemysł serialowy stanął. Bez historii do opowiedzenia nie ma serialu. Bez dobrej historii nie ma dobrego serialu. A kto inny nadaje się do snucia świetnych historii jak nie zawodowi pisarze? To jest zapewne podstawą sukcesu „Gry o tron” – scenariusz oparty na niezwykle bogatych fabularnie książkach. A najlepsze odcinki „Doctora Who” napisał Neil Gaiman.

Tym tekstem chciałem zacząć bloga i mini serię o serialach stworzonych przez pisarzy, bądź z literackimi pierwowzorami. Czyli, w mojej ocenie, ostatnio serialach najlepszych. Nie o „Grze” jednak jest ten tekst. Ani o niezwykłym „Doktorze”. Ten tekst jest o norweskim „Okkupert”.

***

Zasiadając do „Okupowanych” miałem wysokie oczekiwania. Bardzo wysokie. Autora scenariusza uznaje się za jednego z najpłodniejszych i najzdolniejszych pisarzy ostatnich lat. Jo Nesbo zdobył chwałę, bogactwo i miejsce w historii światowego kryminału serią o detektywie Harrym Hole (czyt. holi). Norwegia, czy Skandynawia w ogóle, wydaje się być idealnym miejscem do rozgrywania pogrążonych w szarości i śniegu ponurych historii. Zimno, mało słońca, które w Oslo zimą zachodzi około 15:00 a ludzie skryci. Nesbo jednak, zmęczony ostatnio komisarzem, jego demonami i szarym Oslo, napisał scenariusz dynamiczny i prężny. Na zdjęciach zaś możemy podziwiać raczej piękno norweskiej przyrody i nowoczesnych miast niż śnieg i szare zaułki pełne narkomanów.

Mamy niedaleką przyszłość. Norweski rząd po huraganie, który spustoszył niedawno wybrzeże kraju, decyduje się pokazać światu drogę do walki z globalnym ociepleniem i całkowicie zaprzestaje wydobycia ropy i gazu. Proponuje zastąpienie ich torem, pierwiastkiem używanym w produkcji energii jądrowej. Podczas otwarcia jednej z takich nowoczesnych elektrowni norweski premier Jasper Berg zostaje porwany. Okazuje się, że Rosjanie dogadali się z Unią Europejską, wspólnie uznali, że zaprzestanie wydobycia jest niedopuszczalne i postanowili zaradzić temu problemowi w stary, dobry sposób – przymuszając słabszy kraj do swojej woli siłą. Norweski premier zostaje więc porwany przez specnaz a, zanim zostanie wypuszczony, w rozmowie z unijnym przedstawicielem postawiony przed wyborem: wojna, której nie może wygrać, bądź bratnia pomoc Rosjan, dopóki Norwegowie nie przywrócą poprzedniego wydobycia. Nie chcąc wojny, Berg decyduje się na przyjęcie tego, co właściwie jest miękką okupacją.

Umieszczenie akcji w takich realiach daje twórcom pretekst do ciekawych obserwacji socjologicznych – jak społeczeństwo demokracji zachodniej, przekonane o własnych prawach i swobodach, poradzi sobie z nową sytuacją. Jak jego politycy zareagują na zetknięcie z brutalną siłą autorytarnego systemu. To porównanie wypada pesymistycznie – Berg mówi jednemu ze swoich ministrów: „Moje socjaldemokratyczne przekonania były słabością dla Rosjan”. Norwescy politycy są zagubieni, dają się manipulować rosyjskiej ambasador Irinie Sidorovej (świetna rola Ingeborgi Dapkunaite) i antypatycznemu, cynicznemu i, co znamienne, nienazwanemu z imienia, przedstawicielowi UE. Za bardzo wierzą w uczciwy świat, który ma sens. Doskonale swoją rolę gra Henrik Mestad, jako Jasper Berg, którego spotykamy w chwili triumfu, gdy otwiera elektrownię napędzaną torem, a który stacza się politycznie i osobiście, miotając pomiędzy niemożliwymi wyborami – wywołania wojny lub kolaboracji z, de facto, okupantem. Kiedy zaś wydaje się, że już sięga dna, przechodzi całkowite odrodzenie.

Społeczeństwo jest z kolei sfrustrowane i rozgniewane – zaczyna się tworzyć ruch oporu, który przypomina bardziej grupę rozgniewanych dzieciaków niż świadomą siebie organizację. Dokonuje między innymi zamachów bombowe, które, zamiast zakończyć okupację, choć nic nie jest tu do końca oczywiste, przyczyniają się do jej przedłużenia. Twórcy przybliżają nam parę postaci: norweskiego agenta specjalnego ds. radzenia sobie z atakami na Rosjan Hansa Martina Djupvika, dziennikarza – idealistę Thomasa Eriksena i jego żonę Bente, która na inwazji niespodziewanie zyskuje, kiedy jej bankrutująca restauracja, przypadkiem umiejscowiona w bramie naprzeciwko ambasady rosyjskiej, zaczyna doskonale prosperować dzięki gościom – okupantom.

Nic tu nie jest czarno-białe. Bohaterowie robią głupstwa, dopuszczają się zdrad i małych świństw. Co znamienne, przez większość odcinków łatwiej przychodzi nam lubić rosyjską ambasador, która po prostu wykonuje swoją pracę i wykonuje ją bardzo dobrze, wiedząc, że gdy jej nie wykona, w Moskwie czeka na nią kara, niż chimerycznego, naiwnego, egotycznego premiera Berga, któremu za doprowadzenie do okupacji własnego kraju nie grozi nic oprócz politycznego bankructwa.

Ta mieszanka ludzkich wyborów i losów jest świetnie poprowadzona i dobrze przeplata się z zagadkami kryminalnymi, które opowiadane są jakby przy okazji głównego nurtu. Po początkowym trzęsieniu ziemi akcja uspokaja się, dążenia Berga do dyplomatycznego rozwiązania sytuacji wydają się przynosić skutki, aż wybucha bomba (dosłownie) i wszystko zaczyna się naprawdę komplikować. Pod koniec punkty kulminacyjne się mnożą, bohaterowie zmieniają strony pod wpływem tragicznych wydarzeń: porwań, zdrad i konfliktów osobistych i międzynarodowych. Ktoś umiera (choć nie ma się tego wrażenia, że twórcy marzyli o pracy w plutonie egzekucyjnym jak w „Grze o Tron”). Wszystko pędzi do wyśmienicie rozegranego zakończenia.

Dodatkową zaletą jest język norweski (sic!), którym posługują się postacie. Sam oglądam z angielskimi napisami i bardzo podoba mi się pomysł, żeby wszelkie rozmowy z cudzoziemcami odbywały się po angielsku – wtedy napisy wyłączają się i łatwo przychodziło rozróżnienie kto swój, a kto obcy. Taki mały smaczek, szczypta dobrej przyprawy do smacznego dania. Które gorąco polecam.

Mateusz Myślicki