Placek trochę przypalony, ale pyszny – „Amerykańscy bogowie”

Neil Gaiman – mistrz popkultury z Londynu

Pamiętacie, jak kiedyś zacząłem serię „Pisarze piszą seriale”? Opowiadałem w niej o literackich inspiracjach serialowych („Człowiek z Wysokiego Zamku”) albo znanych autorach tworzących oryginalne scenariusze (jak Jo Nesbo do doskonałego norweskiego „Okkupert”).

Seria wydała mi się trochę zbyt wydumana, więc ją porzuciłem, ale nie mogłem o niej nie wspomnieć pisząc o serialu, który dziś chciałem przybliżyć. O serialu, który mnie poważnie zirytował, zaciekawił, a potem zachwycił. W takiej kolejności.

O serialu o intrygującym tytule: „Amerykańscy Bogowie”. Tytule, który od dawna dobrze znałem, bo książkę o takim samym tytule napisał Neil Gaiman. To dobre wieści, bo Gaiman ma smykałkę do tworzenia udanej popkultury. Jest autorem wybitnej serii komiksowej „Sandman”, tworzył scenariusze do odcinków „Doctora Who” i pisał nawet teksty na okładki płyt muzycznych. Poza tym jest poczytnym pisarzem specjalizującym się w dość miękkim fantasy.

neilgaiman1.0.jpg
Książki Gaimana zawsze dobrze czyta się na głos. Dba o tempo i melodię swoich opowieści w równym stopniu jak o ciekawą akcję i dobrze skrojone postacie.

Nowi kontra starzy. Bogowie znaczy się.

Bardzo lubię jego opowiadania, ale akurat „Amerykańskich Bogów” (powieść) uważam za książkę dość nieudaną. Oparta jest na dobrym pomyśle (przeniesionym później do serialu): w Ameryce spotykają się starzy bogowie przywiezieni tam przez ludzi z różnych kultur,, jak Irlandczycy, Latynosi czy czarni mieszkańcy Afryki – ludzi z tych kultur, które tworzyły Stany, z bogami nowymi: Internetu, autostrad, telewizji. Konflikt wisi w powietrzu. Tyle, jeśli chodzi o tło. Akcja zaś zawiązuje się, kiedy spotykamy wychodzącego z więzienia Cienia (to imię, Cień jest człowiekiem). Właśnie tragicznie zmarła mu żona i czeka go bardzo przykra informacja na temat okoliczności tej śmierci. Dodatkowo na swojej drodze spotyka tajemniczego Pana Wednesdaya, który proponuje mu pracę. Zaczyna się niesamowita wycieczka po świecie amerykańskich wierzeń, a właściwie ich popkulturowych odwzorowań. Dlaczego więc książkę niebyt lubię? Bo się rozłazi, Gaimanowi nie udaje się utrzymać tempa – opowieść staje się przegadana i po prostu nudna. Szczególnie w porównaniu do opowiadań londyńczyka, które są często małymi majstersztykami.

Serial jako gatunek rządzi się jednak swoim prawami, co pokazała choćby świetna „Gra o tron” inspirowana przeciętna sagą G.R.R. Martina. Zresztą w książkach Martina i Gaimana zawodzą podobne elementy: źle poprowadzone jest tempo opowieści – nie płyną one samoistnie, tak jak powinny dobre gawędy. Obfitują w dłużyzny i niepotrzebne zawieszenia akcji. Obydwa seriale doskonale sobie z tym radzą. W serialu sceny są krótsze, przeskakiwanie między wątkami naturalniejsze i łatwiejsze. Z główną wadą powieści Gaimana ekranizacja łatwo sobie radzi.

american-gods-featured-ian-mcshane
Wednesday, który jest motorem opowieści wydaje się melancholijnym starszym panem. I, jak każdy wytrawny oszust, jest w tym bardzo przekonujący. Za maską kryje się niebezpieczny bóg.

A zachowuje niezwykły klimat, znak rozpoznawczy pisarza – połączenie codzienności z niesamowitością. W zwykłym amerykańskim życiu pojawiają się bogowie. I często nie ma w nich zbyt wiele niezwykłości, bo bogowie żywią się wiarą swoich wyznawców. A tej zachodni świat ma duży deficyt. Dawny słowiański bóg śmierci pracuje więc w rzeźni masowo zabijając krowy. I nie może tego już nawet robić swoim wielkim ociekającym krwią młotem, bo technologia poszła do przodu. Anubis prowadzi zakład pogrzebowy specjalizujący się w preparowaniu zwłok, od czasu do czasu przeprowadzając jeszcze ludzi dawnej wiary do tamtego świata. A Wednesday… Nie, nie zdradzę Wam, co kryje się za poczciwą twarzą Wednesdaya.

Dużo lepiej radzą sobie nowi bogowie, którzy czasem nawet rekrutują starych, dostarczając im nowych sposobów zdobywania wyznawców. Tinder dla bogini miłości? Fabryka amunicji dla boga ognia? Proszę bardzo. W zamian chcą tylko wdzięczności i lojalności.

peter-stormare-as-czernobog-in-american-gods-episode-2-the-secret-of-spoons.jpeg
Peter Stormare gra Czernoboga, zapomnianego boga śmierci, któremu pozostało uśmiercanie krów.

Powolna acz niezwykła opowieść o Cieniu i Wednesdayu

Pierwsza seria nie skupia się jednak jeszcze na konflikcie starych bóstw z nowymi, choć pomruki tej burzy słychać już dobrze na horyzoncie. Serial wdraża nas na razie w życie Cienia i jego martwej żony. I kiedy oglądałem tę historię, to pojawiła się wspomniana przeze mnie na początku irytacja. Bo opowieść o Cieniu, jego żonie Laurze, Wednesdayu, poplecznikach i przeciwnikach Wednesdaya toczy się w bardzo specyficznym tempie i obrazowana jest w niezwykły sposób. Na porządku dziennym są długie ujęcia, ostra muzyka i przedłużone sceny, gdzie kamerzysta skupia się na estetyce obrazu a nie na akcji. Irytowałem się, bo wiedziałem, że można te rzeczy opowiedzieć dwa razy krócej, ale wiedziałem, że z czymś mi się to dobrze kojarzy.

fellati-hell-no-american-gods-creator-neil-gaiman-asked-bryan-fuller-to-cut-a-graveyard-blowjob-scene-because-ew
Serial ma specyficzną niespieszną atmosferę, która w swojej stylistyce kojarzy się z innym dziełem Briana Fullera – Hannibalem.

I wtedy sprawdziłem, że twórcą serialu jest Brian Fuller, który na koncie ma także “Hannibala”. Długie ujęcia, duża rola szokującej muzyki, epatowanie brzydotą (ale także wysmakowaną estetyką w scenach z samym Hannibalem), to znaki firmowe Hannibala. Jeśli widzieliście ten serial to w „Amerykańskich Bogach” poczujecie się… no właśnie, niekoniecznie „jak u siebie”, ale jak w znajomej okolicy raczej. Bo mimo wszystko nowe dzieło Fullera nie jest tak mroczne jak jego poprzedni serial. Dużo większą rolę odgrywają ciekawe opowieści goniące jedna drugą. A to na pewno z kolei zasługa Gaimana, który uwielbia taką strukturę szkatułkową, gdzie nagle w głównym nurcie opowieści natrafiamy na małą skrzyneczkę i po jej otwarciu gapimy się przez paręnaście minut, czy nawet pół odcinka, tylko na to,co znajduje się w środku.

Kiedy to zrozumiałem, irytacja ustąpiła miejsca zaciekawieniu. I jestem niemal pewien, że większość widzów trafi na podobną barierę przy tym serialu. Do tego będzie widzów irytować to, że Ricky Whittle jako Cień taki niejaki, niewyraźny, mało mówi, cały czas ma jedną minę, jakby był w szoku. Ale uwierzcie mi, to służy konstrukcji postaci. No bo czyż nie bylibyście w szoku na jego miejscu? Gdyby to nagle stało się z waszym życiem? Bogowie chodzący po świecie i przemeblowujący Wasze życie.

Za to pozostali aktorzy: Emily Browning jako Laura, czyli martwa żona Cienia, Pablo Schreiber jako Mad Sweney, Gillian Anderson jako Media, Peter Stormare jako Czernobog i przede wszystkim Ian McShane jako Wednesday dają niezły popis gry aktorskiej. Dynamika i napięcie między bogami jest dużo lepsze niż w książce.

„Amerykańscy Bogowie” są serialem trochę dziwnym. Szeroko i intensywnie reklamowanym. I reklamowanym trochę błędnie – jako niezwykle dynamiczne, dziwaczne cudeńko. A dostajemy dzieło, przez które początkowo trzeba się przedrzeć, które z wierzchu jest trochę brzydkie, trudne, jak przypalony placek skrywający jednak w środku niezwykłe smaki. Tam jest ta cała smakowita dziwność. Trzeba się tylko wgryźć.

Mateusz Myślicki

Advertisements

Czuły i brutalny konserwatyzm – “Young Pope”

Czasem myśli wymagają przetrawienia, zanim przeleje się je na papier. Czasem myśli wymagają czasu, żeby sprawdzić, czy, kiedy sięgniemy do nich znowu, będą takie same. Zdarza się, że nie odczuwam potrzeby pisania przez pewien czas, bo wiem, że nie mam nic do powiedzenia albo że to, co mam, może mieć więcej sensu później. Szczególnie kiedy mówi się o rzeczach niezwykłych. Jak serial „Young Pope”.

Serial jako medium staje się produktem coraz bardziej ambitnym. To już w zasadzie truizm. Każdy, kto interesuje się sztukami wizualnymi, to wie. Ale czy mieliśmy na to mocne namacalne przykłady? Okej, mieliśmy. Parę. David Fincher, oskarowy reżyser hollywoodzki, wyreżyserował pierwszy odcinek „House of Cards”, gdzie główną rolę gra oskarowy aktor Kevin Spacey. Pierwszy odcinek Westworld nakręcił Nolan, ten od udanych batmanów. A Steven Sodebergh, człowiek, który w Hollywood osiągnął wszystko, zabrał się parę lat temu za autorski projekt „The Knick”, także z aktorem hollywoodzkim Clivem Owenem. Świat wielkiego filmu zauważył więc serialowy światek i coraz chętniej próbuje się w nim rozpychać.

Serial Sorentino jest nawet na tym tle krokiem do przodu. Jest to dzieło zupełnie autorskie i przesiąknięte reżyserem aż po same końcówki papieskich szat. Akcja zaczyna się, kiedy papieżem, zupełnie niespodziewanie, zostaje młody, niespełna pięćdziesięcioletni amerykański kardynał, Lenny Belardo. Reżyser z charakterystyczną sobie niespiesznością i wielkim wyczuciem estetyki wprowadza nas w świat Watykanu: jego pięknych wnętrz, nierealnych, jakby wypożyczonych z nieba ogrodów, którymi opiekują się ubrane w biel zakonnice. Zupełny kontrast do tego wizualnego piękna tworzy zepsuta struktura Stolicy Piotrowej: pełna intryg, knowań i polityki, zarządzana przy pomocy szantażu i zastraszenia przez wszechpotężnego kardynała Angelo Voiello, stara wiekiem i sposobem myślenia. To Watykan zmęczony. I w to wszystko, niczym huragan, już zaraz, już w drugim odcinku, wtargnie Lenny, człowiek, jak niektórzy twierdzą, święty, jak wielu, którzy go poznali, uważają, kompletnie szalony i egocentryczny aż po czubek swojego idealnego nosa.

young-pope-interiors
Serial Sorentino jest przede wszystkim bardzo wysmakowany estetycznie

Tu trzeba oddać sprawiedliwość i, być może także, złożyć pokłon, Judowi Law, któremu przez długi czas przypinano łatkę kolejnego pięknego chłopca Hollywood, a okazuje się, że zagrać potrafi. Choć, to także prawda, zagrać znowu pięknego chłopca. Mimo, że pięćdziesięcioletniego. Lenny, czyli nowy papież Pius XIII, to sierota wychowany w domu dziecka prowadzonym przez siostrę Mary, którą Lenny traktuje trochę jak matkę, trochę jak mentorkę. Lenny przez całe swoje pięćdziesięcioletnie życie pozostawał człowiekiem niewidocznym, niepozornym. Mimo że był arcybiskupem Nowego Jorku, nikt nawet nie wie, jak wygląda, bo nie pozwalał sobie robić zdjęć, a te, które zrobiono, odkupował od paparazzi za olbrzymie pieniądze. Nikt nie wie, jakie Belardo ma poglądy, bo nigdy nie wypowiadał się zdecydowanie na żadne istotne tematy. Lenny jakby całe życie przygotowywał się do roli, do której był stworzony – do roli Ojca Świętego. Kiedy zostaje wybrany, natychmiast wprowadza swój wielki plan, o czym informuje nas i całe swoje otoczenie. Z człowieka niewidzialnego staje się najwyraźniejszym. Przez wiele odcinków wątpimy w ten plan, irytujemy się na pozornie chaotyczne działania Lenny’ego, ale nie oznacza to, że rola nie jest zagrana ze świeżym, inspirującym tchnieniem aktorskiego geniuszu. Czy Lenny pali papierosy, czy się modli, czy podejmuje z pozoru fatalne decyzje, jest spójny i jest fascynujący. Padają oskarżenia, że ten serial bywa nierówny. Że czasem nudzi. Przeciwnie, już samo chłonięcie Lenny’ego przez 10 odcinków w moim odczuciu nie pozwala się nudzić.

the-young-pope-jude-law-diane-keaton-600x300
Cicha, spokojna, wycofana kreacja siostry Mary doskonale podkreśla brawurowo oddaną sylwetkę Piusa XIII

Tym bardziej, że wszystkie role drugoplanowe są zagrane świetnie i z dużym wyczuciem: wszechpotężnego kardynała Voiello, który okazuje się być człowiekiem bardzo poczciwym i zatroskanym o losy świata; cichej siostry Mary, która okazuje się dokładnie taka, jak nam się wydaje, choć wydaje nam się, że jeszcze odkryjemy w niej głębię (wyjątkowo udana rola Diane Keaton, która dobrze wiedziała, że jako Mary ma się ze swoją rolą trochę schować, dostarczyć brawurowej kreacji Lenny’ego głębi i kontrastu); postać kardynała Dussolier, który wydaje się od Lenny’ego dużo bardziej święty i natchniony, a na koniec okazuje się… po prostu człowiekiem. W ogóle próżno tu szukać roli źle obsadzonej. Świetny jest zgorzkniały mentor Spencer, który przecież miał być papieżem; cichy i niepozorny, trochę śmieszny, trochę żałosny, ale bardzo ważny dla Lenny’ego kardynał Gutierez, czy, na koniec, platoniczna miłość – Esther.

voiello-1920
Nawet Voiello, z pozoru cyniczny stereotypowy kardynał Kurii Watykańskiej, okazuje się być kimś kompletnie innym niż z pozoru mógłby się wydawać.

I coś jeszcze, o czym wspomniałem, co nie pozwala się nudzić, ale może wpędzać w konfuzję. Większość z tych ludzi okazuje się nie tymi, za kogo byśmy ich brali. Każdy ma jakąś tajemnicę czy nosi jakąś maskę. Może oprócz Lenny’ego. Umiejętne granie tym to jest wielka zasługa przewrotnego Sorentino.

Choć w wymowie serial ten ostatecznie jest bardzo prosty. Zaskakująco prosty. Po człowieku, który stworzył „Wielkie Piękno”, „Młodość” i „This is the place”, bardzo ironicznym i rozczarowanym światem człowieku (kimże jest Jep Gambardella, jak nie wielkim wyrazem rozczarowania światem postmoderny?), spodziewalibyśmy się dzieła zdystansowanego, być może prześmiewczego. Pokazującego Watykan jako miejsce ostatecznego upadku cywilizacji Zachodu, a Kościół jako najgorszy jego produkt. Nic podobnego, przekaz „Młodego papieża” jest jasny i jestem pewien, że wielu się nie spodoba. A inni będą zachwyceni. I to, być może, jest największa siła tego pięknego wizualnie i muzycznie serialu – że jest o czymś, że za historią kryje się przesłanie. Że zmusza nas do zajęcia stanowiska. Albo jesteśmy z Lennym. Albo przeciw niemu. Inaczej nic nie zrozumieliśmy.

Mateusz Myślicki

Zaskakująco zajmujące dziwadło – „Orphan Black”

“Orphan Black” to serial dziwaczny – z jednej strony zupełnie mainstreamowy, puszczany w dużej telewizji w prime time, z drugiej – eksperymentujący – w mniejszym stopniu z treścią, w większym z formą.

Zacznijmy od tego, o czym to jest: Sarah Manning, drobna oszustka, spotyka na stacji kolejowej sobowtóra. Zdążą tylko popatrzeć sobie w oczy zanim kobieta, która wygląda na zaginioną bliźniaczkę bohaterki, rzuci się pod koła nadjeżdżającego pociągu. Sarah kradnie jej torebkę i wciela się w, jak okazuje się, panią detektyw Beth Childs. W ten sposób zaczyna się seria nieprawdopodobnych zdarzeń: Sarah przekona się, że jest klonem (wybaczcie mały spoiler, dowiadujemy się o tym już w 2 pierwszych odcinkach) i odkryje, że istnieje skrzyżowanie sekty z korporacją (o kilku odłamach), zwane Neolucjonistami, które po cichu przygląda się klonom, i że przeciwstawia mu się inna sekta (Proletheans), która kontroluje jeden z klonów – maniakalną morderczynię z Ukrainy wychowaną w monastyrze (czy można wymyślić coś lepszego!??). Pół pierwszej serii to cudowny rollercoaster wydarzeń, w którym twórcy mogą sobie pozwolić na wszystko, bo skoro już zaczęli od morderczych klonów z Ukrainy i korporacji-sekty, to po co się ograniczać?

Jedyny problem rozpoczęcia z takim wykopem, to to, że w końcu będzie trzeba zwolnić i ten moment (a wypada on mniej więcej w połowie pierwszej serii) jest chyba najtrudniejszy do przejścia dla widzów – serial zamienia się z dzikiej, pełnej konspiracji matni, w mniej więcej każdy-typowy-serial-który-oglądasz, tylko trochę dziwniejszy. Do tego niektóre pomysły scenariuszowe są kompletnie absurdalne. Jak na przykład główny wątek konspiracyjny. Jedna zła sekta, zagrażająca głównym bohaterkom, zostaje zmiażdżona przez inną, która okazuje się odłamem korporacji zajmującej się bioinżynierią. Ta korporacja następnie wchłania i marginalizuje rzeczoną sektę, żeby zostać od środka przez nią potem rozsadzona, a następnie sama sekta zaczyna wewnętrzne rozgrywki przynajmniej trzech frakcji. Po drodze gdzieś jeszcze pojawia się oczywiście amerykańska armia i pracująca dla niej socjopatyczna doktor. Bohaterki, a przynajmniej część z nich, mimo że w centrum tych wszystkich wydarzeń, mają się dobrze, a niektóre nawet prowadzą zupełnie normalne życie.

Orphan Black - Rachel's Eye
Rachel, po starciu z jedną z głównych bohaterek, dostaje cybernetyczne oko. Serial ma sporo elementów science-fiction, ale nie przeważają one w żadnym momencie.

No właśnie, bohaterki – to jest chyba najmocniejsza strona całego serialu i główny eksperyment z formą. Pięć głównych bohaterek i jeszcze około pięciu postaci drugoplanowych granych jest przez tę samą aktorkę – Tatianę Maslany. W końcu te wszystkie postacie to klony. I tutaj serial mógł ponieść spektakularną porażkę – bo choć klony fizjologicznie identyczne, to przecież są zupełnie innymi osobami, wychowanymi w całkowicie różnych środowiskach, o kompletnie innym statusie materialnym. High risk, high reward, mówią Amerykanie o takich przedsięwzięciach. Tutaj to zdecydowanie się opłaciło. Maslany odwala świetną robotę w przypadku większości postaci. Pierwsza z nich, Cosima, to genialna doktorantka na drodze do naukowej kariery, z nieodłącznymi dreadami i pewną dozą charakterystycznej dla takich środowisk społecznej nieśmiałości. Kolejna to Alison, soccer mom, czyli stereotypowa przedstawicielka amerykańskich przedmieść, która wydaje się wyjęta z serialu „Gotowe na wszystko”, jest też sama Sarah – zbuntowana, nieufna, ale szaleńczo odważna, nieprzystosowana, ale lojalna. Te trzy trzymają się razem i łączą siły w walce z korporacjami. Maslany gra też Rachel – zimną korpo-sukę, która w wyniku splotu wydarzeń stoi po przeciwnej stronie barykady niż jej klony. I wszystkie te kreacje wychodzą jej naprawdę świetnie. Spodziewałem się, że będę ciągle myślał o tym, że to ta sama aktorka, ale nic takiego się nie dzieje. Kanadyjska aktorka bardzo dobrze rozdziela akcenty w zachowaniu, tiki, mowę ciała, ubiory i przyzwyczajenia. I najmniejszą rolę w tym grają stroje, bo nawet kiedy Cosima przebiera się za Alison (czyli WYGLĄDA tak samo, jak ona), to dzięki jej grze ani przez chwilę nie mamy wątpliwości, że mamy do czynienia ze społecznie wyalienowaną doktorantką, która udaje pewną siebie mamuśkę. Słabiej wychodzi Maslany kreacja ukraińskiej pół-dzikiej morderczyni, ale uważam, że wynika to z faktu, że jest to rola odegrana bez żadnej znajomości kultury i zwyczajów, oparta na stereotypach, a więc od początku karykaturalna. Trochę psuje to całość zachwytu kreacjami Maslany, ale nie do tego stopnia, żebym nie pozostawał zachwycony.

Felix - Orphan Black
Postać Felixa, brata Sarah, jest jednym z silnych powodów dla których warto obejrzeć ten serial.

Inni aktorzy dotrzymują kroku. Wśród nich wyróżnia się szczególnie Felix, przybrany brat Sarah. Jest po prostu cudowny jako gej-artysta-prostytut. To jedyna osoba z odpowiednią ilością dystansu do świata, żeby znieść Sarę i towarzyszący jej życiu chaos. Jego angielski akcent i przerysowana homoseksualna maniera są urzekające, ale nie karykaturalne. A kiedy przed Felixem pojawiają się problemy, w których musi zrezygnować ze swojego dystansu, widzimy skonfliktowanego, opuszczonego przez rodziców chłopca, kryjącego się za grubą artystowską maską.

Serial przy okazji wykonuje ważną, nienachalną proemancypacyjną robotę. Jeden z klonów jest lesbijką. To co prawda uderza w twierdzenia o genetycznym podłożu homoseksualizmu, ale pokazuje ten wybór jako coś tak oczywistego i naturalnego, że nikt nie zastanawia się nad podłożem.

Jeden z moich znajomych napisał ostatnio na swoim blogu, że lubi rzeczy, które proponują coś nowego, nawet jeśli nie są wolne od usterek; woli je od po raz kolejny przerabianego i dopieszczanego do perfekcji, wciąż tego samego, archetypu. Muszę się z nim zgodzić, a jako że odcinki „Orphan Black” połyka się niezwykle wręcz łatwo, to tym chętniej wybaczam twórcom wszelkie małe grzeszki. Bo całość, oprócz tego, że dobrze się ogląda, to stanowi fantastyczny powiew świeżości.

Mateusz Myślicki

Z miłości do procedurali – subiektywne Top 5

Kocham procedurale. Seriale, w których akcja mniej koncentruje się na kontynuacji losów głównych bohaterów, za to w każdym odcinku prezentuje osobną sprawę, najczęściej kryminalną. Swoich przodków mają w takich hitach sprzed lat, które z fascynacją oglądałem jako dziecko, jak: „Kojak”, „Columbo” czy „Gliniarz i prokurator”. Może to właśnie z powodu tej nostalgii bierze się moja miłość do tych serii i pewien opór przed rozpoczynaniem kolejnych serii kontynuacyjnych (Tak, oglądam „House of Cards” czy „Game of Thrones”. Ale czy one muszą straszyć cliffhangeremi na końcu każdego odcinka?). A może miłość do procedurali jest bardziej prozaiczna. Oglądam najczęściej dla odprężenia, dodatkowo czytam dużo książek, które dostarczają dobrych, ale wymagających historii. Zawsze chcę mieć do wyboru serial, który w kolejnym odcinku przyniesie nową zagadkę, bohaterowie ją za mnie rozwiążą, odcinek zamknie się jako całość, a ja nie będę musiał gryźć palców ze stresu nad losami Jona Snowa albo miłości Franka i Claire Underwoodów. Czasem chcę obejrzeć coś niewymagającego, dobrze się bawić i mieć miłe wspomnienia.

Czym w ogóle jest procedural? Nazwa jest trochę niejasna, więc pokrótce: jak już wspomniałem, to serial, w którym akcja każdego odcinka osnuta jest wokół jednej sprawy kryminalnej (nazwa bierze się od tego, że najczęściej pokazywane są procedury policyjne prowadzące do rozwiązania). Poszczególne sprawy łączy osoba lub osoby głównych bohaterów. To jednak nie na nich skupia się opowieść, bo ich życie osobiste jest mniej istotne niż kolejne historie.

Dobre procedurale muszą mieć ciekawe zagadki i dobrze skonstruowane postaci głównych bohaterów. Bo choć – jak wspomniałem – nie na nich skupia się serial, ich osobowość dodaje smaku. Trochę jak w gotowaniu: chcesz mieć dobre ciasto z wyjątkową polewą albo świetnie wypieczone mięso i odpowiedni sos. Musi być harmonia. Reszta to już przyprawy. Są procedurale, których sukces zależy od oryginalnej scenografii („Justified”); ale solidne laboratorium kryminalne też dobrze spełnia swoją rolę w tym temacie („CSI”).

Bez dalszego gadania pora na mój subiektywny top ranking:

Nr 5: „CSI: Las Vegas”

Najbardziej wierny nazwie gatunku – opisuje losy pracowników laboratorium badającego sprawy kryminalne przy pomocy najnowszych zdobyczy techniki. Nowatorskie procedury badawcze są główną osią fabuły. Ma przyzwoitą grę aktorską (w przeciwieństwie do rozpoczętych później „CSI: Miami” ze sławnym Davidem „Drewno” Caruso czy „CSI: NY” z nijaką wiodącą postacią). Las Vegas, miasto hazardu, jest ciekawym miejscem akcji. Zagadki trzymają poziom i to przez wszystkich 16 (sic!) serii. A nie jest to normą w świecie procedurali (z których wiele nie znalazło się na tej liście), bo ich poziom tak bardzo spada w kolejnych seriach („Bones”, „Castle”, „Blacklist”).

Dodatkowo jest to jedna z jeszcze trochę antycznych serii: rok 2000, w którym zaczęła się ukazywać, to były czasy, kiedy seriale były uznawane za rozrywkę dla pań domu i materiał dla telewizji klasy B. I choć w tym samym czasie na wizji była już kultowa „Rodzina Soprano”, to dopiero w 2004 roku „status społeczny” seriali zaczęły na dobre zmieniać produkcje takie, jak: „Lost” i „Dr House”. A jednak CSI od początku ma, jak na tamte czasy, nowoczesny charakter.

Mimo to „tylko” 5 miejsce. Serial niczym się w mojej opinii nie wybił. Jest po prostu solidny. Nie ma żadnego elementu, który by mnie zachwycił, ale też żadnego, który by odepchnął lub wyjątkowo rozczarował. Nawet zmiana wiodącego bohatera jest w pewnym momencie w miarę udana. No i 16 w miarę równych serii zapewnia naprawdę dużo rozrywki na zimowe wieczory.

Nr 4: „Elementary”

Sherlock. A konkretnie – Sherlock zrobiony przez Amerykanów. Można pomyśleć: „Boże kochany, toż to musi być jakaś absolutna kaszanka”. Zamiast tego – niespodzianka: dobry, równy procedural z kilkoma wyjątkowo smacznymi kąskami. Największą siłą (choć w oczach niektórych – słabością) tej serii jest główny bohater, a konkretnie odgrywający go aktor. Johnny Lee Miller jest do Sherlocków poprzedzających go zupełnie niepodobny. Nie w sobie nic dystyngowanego, brak mu nadludzkiej aury zdystansowanego geniusza, typowej dla innych kreacji. Sherlock przybywa do Nowego Jorku jako człowiek pokonany przez nałóg, zesłany tam przez swojego odległego emocjonalnie ojca i oddany pod kuratelę profesjonalistki od spraw wychodzenia z nałogu, byłej chirurg Joan Watson (wymawia się to tak samo jak John Watson, a ponieważ angielski nie odmienia przez rodzaje, to do bohaterki Lucy Liu wszyscy zwracają się dokładnie tak samo jak do innych Watsonów). I tak już do końca – nic nie jest tu takie, jak w innych filmach o Sherlocku; twórcy nie próbują na siłę wepchnąć podobieństw: bohaterowie nie mieszkają na 221b Baker Street, nie ma gospodyni – pani Hudson, zamiast inspektora Lestrade jest kapitan Tommy Gregson (bardzo udana, zbalansowana kreacja, dobrze równoważąca neurotycznego Sherlocka i dumną Joan). Sherlock dalej jest jednak genialny, a sprawy są poprowadzone naprawdę interesująco. Jednocześnie twórcy nieustannie puszczają do nas oko: pani Hudson pojawia się na chwilę jako znajoma Sherlocka z dość specyficznym zajęciem; zjawiają się także Moriarty i Irene Adler, by odegrać dużą, ale – przynajmniej dla mnie – bardzo zaskakującą, rolę. Nie tylko to: słynną z innych serii czapkę Sherlocka w jednym z odcinków Joan wyjmuje z dna szafy i próbuje ją wcisnąć komuś, twierdząc, że Sherlock nigdy jej nie nosi. Do tego twórcy serialu proponują własne ciekawe rozwiązania, takie, jak hakerski kolektyw „Everyone”. Zapłatą za pomoc „Wszystkich” są upokarzające czynności, które Sherlock musi wykonać: ogolić przed kamerą głowę na łyso; na konwencie fantastyki, w przebraniu wilkołaka, odczytać esej o miłości nastoletnich bohaterów horroru czy przejść starą i nudną, ale bardzo trudną grę. Takie smaczki pojawiają się co chwilę.

elementary-sherlock
Sherlock Johnny’ego Lee Millera jest postacią neurotyczną, walczącą ze swoimi demonami. Choć dalej genialny, to jest zwykłym człowiek, co mi osobiście zapewniło oddech po cudach wydarzającym się w 4 serii “Sherlocka” na BBC.

Trzecia seria jest słaba, czwarta – znowu trochę lepsza ze względu na postać ojca Sherlocka.Poziom odcinków trochę opada po tym, kiedy znika z horyzontu Moriarty. Mimo to ciągle bardzo chętnie oglądam „Elementary”: ze względu na doskonałą kreację Johnny’ego Lee Millera, świetną dynamikę pomiędzy głównymi postaciami (nie tylko Sherlockiem i Joan, ale też kapitanem i detektywem Bellem, z którymi przychodzi im współpracować) i… stroje Joan Watson. To jest najlepiej ubrana kobieta w serialach kryminalnych.

lucy-liu-elementary-cbs-fashion
Stroje Joan są albo wysmakowane albo naprawdę zaskakujące. Albo jedno i drugie.

Aha! Dość istotne dla powodzenia serii jest to, że Joan i Sherlock nigdy się w sobie nie zakochają i nigdy, nawet, mimo ewidentnego liberalizmu seksualnego obojga, nie prześpią ze sobą. Łączy ich tylko przyjaźń i dobra współpraca przy sprawach kryminalnych.

Nr 3: „The Mentalist”

Zastanawiałem się, czy wolę Mentalistę czy amerykańskiego Sherlocka. Obydwa są w pewien sposób podobne: Mentalista także jest genialnym śledczym, choć zamiast specjalizować się w śladach, specjalizuje się w ludziach.

Patrick Jane to zawodowy oszust udający człowieka o zdolnościach paranormalnych do czasu aż nie nadepnął na odcisk najgroźniejszemu w USA masowemu mordercy znanemu tylko jako Red John. Red John był nieuchwytny, mimo że oznaczał miejsca swoich morderstw wymalowaną na ścianie krwią swoich ofiar uśmiechniętą buźką. Patrick w jednym z programów telewizyjnych sprowokował go, mówiąc, że znajdzie go, używając swoich mocy parapsychicznych. Red John zrewanżował się, mordując jego żonę i córkę.

red-john-end-mentalist-season-6
Przez swoją arogancję Patrick Jane stracił wszystko. Teraz jedyny cel, jaki ma, to dopaść mordercę Red Johna.

Patricka spotykamy 5 lat później, kiedy towarzyszy Teresie Lisbon i jej drużynie z FBI w rozwiązywaniu spraw kryminalnych. Jane używa swoich niezwykłych umiejętności w odczytywaniu ludzkich emocji, żeby określić, kto popełnił morderstwo. Oprócz ciekawych zagadek, które prezentowane są z trochę innej strony (kluczową rolę odgrywa psychologia, nie ślady), tę serię odróżnia od pozostałych naprawdę dobrze skonstruowany wątek pogoni za Red Johnem. Morderca okazuje się człowiekiem dużo potężniejszym i wpływowym niż Patrick mógłby sobie kiedykolwiek wyobrazić. Finał jest satysfakcjonujący, a osoba Red Johna – zaskakująca (NIE wpisujcie Red John w wyszukiwarkę, bo sobie momentalnie zespoilujecie).

I to powoduje, że cenię ten serial wyżej niż „Elementary”. Przez 6 serii towarzyszy nam ten niezwykły, mrożący krew w żyłach wątek, który cały czas powraca: czy za sprawą samego Red Johna czy też jego popleczników i wyznawców. Jednocześnie twórcom udało się ustrzec od przeciągania serii w nieskończoność. (To zabiło dwa inne seriale, ukazujące się w tym czasie: „Castle” i „Bones”.)

Nr 2: „Criminal Minds”

Ten serial ma wiele wad. Główni bohaterowie, za wyjątkiem postaci stworzonej przez Mandy’ego Patinkina, są trochę plastikowi, jednowymiarowi i mam w tym kontekście dużo zarzutów do gry aktorskiej. Przez jakiś czas serial „ciągnie” postać grana przez Patinkina, ale, gdy ona odchodzi, zespół analityków FBI traci charyzmę i staje się mało charyzmatyczną masą średnich kreacji. Do tego akcja niektórych odcinków bywa schematyczna.

Dlaczego więc ten serial w ogóle jest na tej liście i to dość wysoko? Z powodu tematyki, która mi zrobiła nawet kiedyś niezłe kuku w głowę. Mianowicie główni bohaterowie zajmują się profilowaniem i łapaniem seryjnych morderców. Ameryka to fenomen pod względem tego typu przestępców. A zespół z „Criminal Minds” pracuje przy założeniu, że każdy masowy morderca jest sadystą, przeżywającym ekstazę porównywalną do seksualnej z powodu torturowania i mordowania swoich ofiar. Badacze zajmują się przede wszystkim psychologią ściganych, dzięki czemu ostatecznie udaje się im ich zidentyfikować. I to zagłębienie się w świat pełen chorych, kompletnie pokręconych umysłów, które poznajemy z bliska, jest siłą serialu. Dam przykład. W jednym odcinku poznajemy samotnego kierowcę ciężarówki, który porywa młode kobiety i je morduje. Motyw nie jest jednak seksualny: bohater stracił prawa do opieki nad córką i szuka idealnej matki dla niej – kobiety, która pozwoli mu odzyskać dziecko. Kiedy kandydatki-ofiary okazują się nieodpowiednie, umierają. Jednocześnie regularnie zakrada się do sypialni swojego dziecka i w sielskiej atmosferze opowiada córce bajkę w odcinkach o królu, który poszukuje królowej, ale kolejne kandydatki okazują się niegodne i król musi je ze smutkiem odprawiać. Widać, że kocha swoje dziecko, ale jednocześnie jest niewyobrażalnym potworem.

Kiedy oglądałem ten serial, miałem akurat wyjątkowo dużo czasu i łykałem nawet po 3-4 odcinki dziennie. Po 2 tygodniach takich seansów z moją głową nie wszystko było w porządku.

Nr 1: „Justified”

Mój numer jeden jest kontrowersyjny, bo trudno powiedzieć, czy na pewno jest proceduralem. Główny bohater umiejscowionego na południu Stanów serialu Raylan, Givens, jest szeryfem federalnym; do zadań jego biura należy ochrona sędziów i prokuratorów, ochrona spraw sądowych i ochrona świadków, jak też obsługa systemu więziennego na zewnątrz, w tym: transport więźniów pomiędzy stanami i łapanie zbiegów https://www.usmarshals.gov/duties/. W kolejnych odcinkach akcja osnuta jest wokół obowiązków spełnianych przez Raylana; ale nie to jest główną siłą ani nawet tematem tego serialu. Brawurowo zagrany przez Timothy’ego Oliphanta Raylan jest bowiem w pewnym sensie współczesnym kowbojem – przeniesionym do XXI wieku szeryfem w nieodłącznym kapeluszu i z rewolwerem przy pasie, po który szybko sięga i jeszcze szybciej strzela. Nie stroni od bójki czy przepychanki i ma magnetyczny wpływ na kobiety.

Siłą tego serialu i powodem, dla którego jest moim ulubionym na liście (niestety, już zakończonym), jest główny bohater, a właściwie – główni bohaterowie. Postacie i interakcje między nimi są bowiem zbudowane mistrzowsko i bez żadnej z nich (głównej czy nawet drugoplanowej) serial ten nie mógłby się udać. Na pierwszym planie jest rywalizacja Raylana z jego starym kumplem Boydem Crowderem, który został przestępcą specjalizującym się w wysadzaniu rzeczy dynamitem. Obydwaj rywalizują o Avę Crowder, która zabiła brata Boyda, znęcającego się nad nią męża. Ten trójkąt to absolutny dynamit i, uwierzcie mi, nie ma nic wspólnego z łzawymi bzdurami z seriali dla nastolatków albo oper mydlanych. Tutaj lecą wióry, cała trójka ma w sobie dość temperamentu do obdzielenia całego gangu motocyklowego i każde z nich jest do tego bardzo inteligentne. Akcja toczy się sama.

Justified-Season-3-Wallpaper-justified-27943438-1600-1200.jpg
“Justified” świetnie odpowie na zapotrzebowanie tych, którzy tęsknią za Dzikim Zachodem. Nie zawiodą się też Ci, którzy cenią sobie pełnokrwiste, wyraziste postacie.

Do tego jednak każdy bohater drugoplanowy nadaje serialowi charakteru. Współpracownicy Raylana: Art Mullen, rozsądny szef Raylana, wyciągający go nieustannie z problemów; dwóch funkcjonariuszy, którzy z nim pracują: cichy specjalista od broni Tim Gutterson i Murzynka z typowymi dla kobiety z mniejszości problemami w służbie Rachel Brooks. Całości dopełnia ekscentryczny przestępca Wynn Duffy i niebezpieczni ludzie, których ściąga w ramach swoich ciemnych interesów, oraz ta bardziej rozsądna z kobiet Raylana, prawniczka Wynona Hawkins, która nie przystaje do jego życia w ogóle, ale tak desperacko chcą, żeby im się udało.

To nie jest do końca procedural, bo, choć szkielet serialu stanowią wszelkie sprawy rozwiązywane przez biuro, wątki osobiste są w nim zapewne bardziej istotne niż konkretne sprawy. Z drugiej strony to te wątki czynią ten serial tak dobrym.

Długa lista pominiętych
Jest wiele innych procedurali wartych wspomnienia. „X-files”, ulubiony przez każdego 35-letniego geeka, który jednak niezbyt ładnie się zestarzał. „Bones” i „Castle” z wyśmienitymi pierwszymi seriami, które kompletnie podupadły na końcu, tak, że nie da się ich oglądać. „Perception” i „Lie to Me”, odbiegające od głównego wzorca. W obydwóch głównymi bohaterami są naukowcy: w jednym genialny neurolog-schizofrenik, w drugim specjalista od komunikacji i mowy ciała, który wykrywa kłamców po prostu na nich patrząc. „The Wire” wreszcie, który wielu czytelników uznałoby za najlepszy z przedstawionych tu, ale który osobiście uważam za serial bardzo trudny do oglądania, bo zbyt bliski życiu, zbyt widza tym życiem nękający. Ja w opowieściach szukam przynajmniej pewnej dawki umowności i „The Wire” pod koniec pierwszej serii porzuciłem. W przeciwieństwie do wyżej przedstawionych, które obejrzałem od początku do końca.

Mateusz Myślicki

Triumf dziecięcej niewinności i Hrabia Olaf – “Seria niefortunnych zdarzeń”

Są różne sposoby przedstawiania świata dzieci – realizm sagi o Harrym Potterze, baśniowość „Opowieści z Narni”, trzeźwa rzeczowość „Mikołajka”. Tematyka to dla autorów bardzo pociągająca, bo potencjalnie zyskują grono wiernych i bezkrytycznych fanów – dzieci, ale też grząska – o dziecięcym świecie pisać naprawdę trudno. Niewielu to umie i panuje nawet przekonanie w pisarskim świecie, że jeśli ktoś potrafi pisać dla dzieci, to jego talent musi być uniwersalny.

Nie wiem, jaka jest rzeczywistość książek Daniela Handlera a.k.a. Lemony’ego Snicketa, bo ich nie czytałem. Wiem, że w swoim czasie zdobyły sporą popularność – zamiast planowanych 4 powstało 13. Domyślam się, że Snicket/Handler dla dzieci pisać umie, skoro taką popularność zdobył. Tyle dedukcji. Nie wiem, czy, jak w serialu, rzeczywistość książek jest absurdalna a jednocześnie nieznośnie logiczna. Jej nieubłagana i trudna do przełknięcia logika polega na tym, że dorośli świata dzieci kompletnie nie rozumieją, a nie rozumiejąc, ignorują go. Mali ludzie, nawet bardzo bogaci, grzeczni i nad wyraz racjonalni, pozbawieni naturalnej i bezwarunkowej miłości rodziców, zderzają się ze światem, który w najlepszym wypadku chce je zamieść pod dywan, a w najgorszym – okrutnie wykorzystać. Ci mali ludzie to rodzeństwo Baudelaire’ów: 14-letnia Violet, 12-letni Klaus i 2-letnia Sunny. Ich dom właśnie spłonął doszczętnie, a w nim zginęli rodzice. Baudelaire’owie zostali sierotami. Pod dywan chce ich zamieść pozornie sympatyczny pan Poe , pracownik banku, który z ramienia instytucji ma opiekować się ich majątkiem, a w ramach opieki nad samymi dziećmi ma zapewnić im odpowiednich opiekunów aż do czasu, kiedy najstarsze z nich, Violet, osiągnie pełnoletność i będzie mogła przejąć majątek. Pan Poe jest groteskowo niekompetentny w swojej pracy, pozostawiając rodzeństwo pod opieką oszustów lub ludzi niezrównoważonych bądź niekompetentnych. Mimo pozornych zapewnień o swojej dyspozycyjności, sprawy i formalności ze zmieniającymi się opiekunami załatwia w pośpiechu. Interesuje go tylko awans i spokojna praca we własnym gabinecie. Dzieci interesują go zaś tylko o tyle, o ile ma porządek w papierach i tak rozumie swoją pracę. Serial z tej strony może wydawać się groteskowy i przerysowany, ale jeżeli przyjrzymy się działaniom pana Poe i wielu innych dorosłych, to łatwo można zauważyć, że wiele z ich zachowań – zaniedbań, bufonady i nieczułości, jest realistycznych i możemy sobie je wyobrazić. Tylko ich nagromadzenie jest groteskowe.

Hrabia Olaf – kreacja osobna

olaf-himself
Hrabia Olaf jako Hrabia Olaf

W tym absurdalnym świecie sukcesy święci postać tak przerysowana, tak absurdalna i tak groteskowa, że wydawałoby się, że nie powinna istnieć. Hrabia Olaf pojawia się zaraz po tragicznym pożarze. Podszywa się pod daleką rodzinę Baudelaire’ów i dzięki niekompetencji pana Poe zostaje ich pierwszym opiekunem, próbując zdobyć na wszelkie możliwe sposoby ich bogactwo. Hrabia jest przestępcą leniwym i pełnym brawury, ale też na swój sposób genialnym. Powinien zostać złapany przy pierwszej ze swoich nieudanych intryg, zawsze jednak udaje mu się wykorzystać jakąś słabość swoich przeciwników: pychę odważnego wujka, fobie kiedyś szaleńczo odważnej cioci czy wieczną niekompetencję i ignorancję pana Poe. Postać grana przez Neila Patricka Harrisa jest dziwnym połączeniem lenistwa i kiczu oraz genialnego wyczucia ludzkich słabości.

olaf-captain
Hrabia Olaf jako Kapitan Sham

Wizualnie, i tu widać wydane na produkcję pieniądze, jego przebrania są tak absurdalne jak i szczegółowe, role, w które wchodzi, przerysowane i śmieszne, ale nie tylko. Twórcy bardzo łatwo przechodzą od groteski i wzbudzanego w nas śmiechu do zasmucenia i oburzenia brutalną bezkompromisowością jego działań. Z drugiej strony zbrodnicze akcje są zasmucające, bo wymierzone w niewinne dzieci, ale też trudno nie umierać w oczekiwaniu, na czym kolejny jego pomysł będzie polegał. I tu haczyk mnie złapał. I już nie puści. Wisienką na torcie jest, że choć z pewnością Olaf jest groteskowy i przerażający, to Neilowi Patrickowi Harrisowi udaje się nadać mu też swoistej smutnej głębi.

Triumf niewinności

baudelaire
Jedyną obroną Baudelaire’ów przed światem jest ich spryt i… niewinność.

Jednak myślę, że tym co nadaje sens tej historii, jest dziecięca niewinność i prawość, z którą Handler (współodpowiedzialny za produkcję i scenariusz) zderza bylejakość i okrucieństwo świata dorosłych. W komentarzach po serialu pojawiają się głosy, że dzieci grają nijako, że są nudne. Ja myślę, że grają dokładnie tak, jak zostało to zamierzone. Rodzice wparli ich bohaterom silny i prosty kod moralny: należy być uczynnym, uczciwym i należy polegać na sobie samym i na rodzinie, z optymizmem patrząc w świat. Zestawione z okrucieństwem i szarlatanerią Olafa, z ignorancją i nieczułością innych dorosłych, dzieci konsekwentnie i spokojnie realizują ten kod. Ostatecznie, niezależnie od przeciwieństw losu, wychodzą z opresji, dzięki intelektowi i niezwykłym umiejętnościom, ale też dzięki wierności tym zasadom. I ten przekaz – że cnota, nawet w wydawałoby się kruchej dziecięcej osłonie, broni się w tym świecie. I mam nadzieję, że po trzech seriach zatriumfuje.

Mateusz Myślicki

Sherlock Holmes i Steven Moffat

Jak bardzo przereklamowany jest “Sherlock”? To pytanie, które zadają sobie chyba wszyscy. Ta grupa ludzi, która serial widziała i jej się spodobał, zastanawia się, czy nie zostali omamieni, bo inni, którzy też go widzieli, twierdzą, że: Cumberbatch zupełnie nie umie grać, fabuła odcinka X w serii Y była zupełnie bez sensu, a w ogóle to cały serial jest kompletnie nierealny. To znowu ci, którzy go nie widzieli zastanawiają się, czy warto się w ogóle za niego brać. Istotny problem. Tym bardziej, że właśnie wchodzi na ekrany 4. seria. W UK została wyemitowana zaraz na początku roku, a w Polsce krótko po tym. W niedzielę, 8 stycznia 2017 r. zostanie wyemitowany drugi odcinek.

Sam zaliczałem się do tych, którym serial bardzo przypadł do gustu, a oglądałem on the go, czyli bezpośrednio po ukazywaniu się kolejnych odcinków. Po latach, zastanawiając się nad „przereklamowaniem” i nawet odświeżając sobie parę odcinków, zrozumiałem dlaczego jednak lubię tę serię. Otóż jestem wyznawcą Stevena Moffata, twórcy „Sherlocka”. Pozwólcie, że, zanim przejdę dalej, powiem parę słów o tym niezwykłym brytyjskim scenarzyście. Zaczynał od sitcomów i seriali opartych na własnych doświadczeniach – w pracy nauczyciela i z dwóch nieudanych związków. Stał się jednak sławny, kiedy zaangażował się w reaktywację show (w 2005 r.), którego, jak twierdzi, był największym długoletnim fanem – „Doktora Who”. Uważa się, i ja się z tym zdaniem zgadzam, że jedne z najciekawszych odcinków w czterech pierwszych współczesnych seriach, są jego autorstwa, w tym przerażający „Blink”. Producenci najwyraźniej też podzielali ten pogląd, bo od 2010 r. powierzyli Moffatowi opiekę nad serią. Nadał jej rozmach, dodał amerykańskiego sznytu, dynamizując akcję, ale zachowując magię, a jednocześnie dalej uczestniczył w pisaniu części scenariuszy, odpowiadając za jedne z najlepszych odcinków kolejnych sezonów.

matt_smith-doctor
11. Doktor grany przez Matta Smitha to także kreacja Stevena Moffata i nietrudno w nim znaleźć podobieństwa do “Sherlocka”.

Ale to nie jest recenzja „Doktora Who”. Moffat bowiem w 2010 r. w duecie z Markiem Gatissem stworzył, podobno dla odpoczynku od „Doktora”, właśnie uwspółcześnioną wersję „Sherlocka”. Jeśli jeszcze jej nie widzieliście, to warto wiedzieć, że została ona skonstruowana w typowy dla BBC sposób. Kolejne sezony są krótkie, składają się z trzech lub z czterech, ale za to pełnometrażowych (100-110 min.), odcinków. To, moim zdaniem, Sherlockowi bardzo służy, bo daje scenarzystom czas na zbudowanie skomplikowanej fabuły, koniecznej w dobrym serialu detektywistycznym. A w tym Moffat jest mistrzem – skomplikowana, rozbudowana intryga, zaskakujące zwroty akcji, nieprawdopodobne rozwiązania. I genialny protagonista – który z niezwykłą inteligencją, i w wielkim stylu, przechytrza swoich przeciwników. Oto specjalność Moffata. I recepta na sukces – bohater, który może wszystko, zaplątany w najbardziej nieprawdopodobną intrygę, często kończącą się cliffhangerem. Twórca Sherlocka i Doktora dostał za to nawet swoje własne hasło w popularnym Urban Dictionary. To zapewne zirytuje wielu i przyciągnie resztę – Sherlock, podobnie jak Doktor, nie może okazać się głupszy od swojego przeciwnika, nie może zostać przechytrzony. Ostatecznie, nie może przegrać.

moriarty
Moriarty

Jak nie zanudzić taką postacią? Sherlock jest niezwykle arogancki, więc jego tarcia z innymi bohaterami dostarczają wiele humoru sytuacyjnego. Prawdziwa akcja rozpoczyna się jednak, kiedy spotyka kogoś, kto sprawia jego intelektowi kłopot. Kilka takich postaci, wykreowanych zresztą przez Arthura Conana Doyle’a, twórcę oryginalnego Sherlocka Holmesa, napotka: Irene Adler – kochankę, która nie znudzi go po dwóch minutach, Moriarty’ego, równie genialnego jak on profesora–przestępcę, Mycrofta, brata Sherlocka, który jest od niego dużo inteligentniejszy, ale jest też leniwy. Przy czym Moffat zupełnie nie przejmuje się literackim pierwowzorem postaci – Mycroft wcale nie jest leniwy, Moriarty nie jest profesorem, a Irene, cóż, sami zobaczcie. To chyba największa zasługa twórcy serialu – nie trzyma się pierwowzoru z XIX w., który nigdy nie był arcydziełem, a jeszcze się zestarzał. Moffat bawi się konwencją a stworzone przez siebie postacie wprowadza do akcji, jak mu wygodnie – Mycroft pojawia się, kiedy wydaje nam się, że nikogo bardziej genialnego od Sherlocka nie spotkamy, Moriarty, kiedy wydaje się, że Sherlock się nudzi i że może rozwiązać każdą zbrodnię.

sherlock-and-watson
Sherlock i Watson nie mogliby się bardziej różnić – wyglądem i charakterem.

Czasami też z tarapatów wyciąga Holmesa wierny i niezwykle trzeźwo myślący Watson. To on ratuje go, kiedy genialny umierający morderca, który nie ma nic do stracenia, prawie namawia go do zażycia trucizny, wciągając w niemożliwy logiczny węzeł. To on stabilizuje jego rzeczywistość i wyciąga z regularnego zażywania narkotyków. I to właśnie dynamika dwóch głównych bohaterów jest największym atutem serii – Benedict Cumberbacth i Martin Freeman doskonale się uzupełniają, choć nie mogliby być bardziej różni. Pierwszy, o egzotycznym wyglądzie, dla żartu porównywany czasem do kosmity, drugi tak zwyczajny, że spotkawszy go, zaraz byśmy zapomnieli, jak wygląda. I takie są ich charaktery: obdarzony nieziemskim intelektem Sherlock i z pozoru zwyczajny Watson, za to niezwykły w staromodnej prawości i lojalności. Łączy ich tylko miłość do przygód. A z niej i wielu uzupełniających się różnic, wykuwa się prawdziwa przyjaźń.

Czy więc “Sherlock” jako serial jest odrealniony i przesadzony? Czy zdarzają się w nim rozwiązania z pozoru pozbawione logiki? Z pewnością – taki jest już sposób działania Moffata. Ale w zamian dostajemy dobrze zbudowanych bohaterów, z którymi można przeżyć niezwykłe przygody. Ja się na kolejne trzy bardzo chętnie piszę.

Mateusz Myślicki

tl;dr:

Ocena: 4 z dużym plusem

Plusy:

  • dynamika tworząca się między głównymi bohaterami;
  • dobrze skonstruowane, wyraziste postacie drugoplanowe;
  • pędząca do przodu akcja, pełna zwrotów i niespodzianek;
  • dobre zagadki kryminalne.

Minusy:

  • bardziej konserwatywnym widzom może wydawać się nielogiczny i odrealniony.

Frank Underwood a post-prawda

Post-prawda. Słówko roku 2016. Dość proste, bo znaczy przecież po prostu: „kłamstwo, którego i tak nie sprawdzisz. Za to chętnie przyjmiesz i zinternalizujesz, jeśli pasuje do Twojego obrazu świata, choćby było najbardziej absurdalne. A jak jest naprawdę szokujące, to tym lepiej” [definicja własna, a więc niekompletna i stronnicza, czyli idealnie w stylu post-prawdy]. Zjawisko określiło politykę światową w mijającym roku, bo wielkie wydarzenia polityczne, takie jak Brexit i wybór Trumpa, naznaczone były zalewem nieprawdziwych informacji, które ludzie chętnie śledzili, dzielili się nimi i komentowali. I zupełnie ich nie sprawdzali.

Pizzagate, czyli absurd

Jednym z najjaskrawszych przykładów jest Pizzagate, post-truth w postaci najczystszej. Jeśli ktoś śledził wybory w USA, to wie, jak bardzo zwolennicy jeszcze-wtedy-nie-prezydenta Trumpa w końcowej fazie kampanii ostrzyli sobie zęby na ujawnienie maili ze skrzynki Johna Podesty. John był szefem kampanii Clinton, przeciwniczki Trumpa, i dał się nabrać hakerom na najbanalniejszą sztuczkę na świecie ze skróconym linkiem w mailu. Zapłacił za to wyciekiem wszystkich swoich wiadomości, które zostały umieszczenie na serwisie Wikileaks.

Internetowa armia zwolenników Trumpa wierzyła najgłębiej na świecie, że w tych mailach będzie cała prawda o tym, jakim potworem jest Hillary C., i że znajdą w nich potwierdzenie wielu afer i przestępstw przeciwko Amerykanom.

Okazało się, że w tysiącach wiadomości nie ma nic. Wyobraźcie sobie rozczarowanie wszystkich młodych trumpistów, musieli się poczuć, jakby spodziewali się góry prezentów na święta, a dostali skarpety. Sfrustrowani, ukuli więc jedną z najbardziej idiotycznych „afer” w historii dziennikarstwa i polityki. Ukuli niemalże z powietrza, bo z zaledwie kilku wspomnień o pizzy (sic!). John Podesta, jak odkryli gorliwi dekonspiratorzy, ZBYT CZĘSTO WSPOMINA O PIZZY. To podejrzane. Dlaczego on tak często pisze o pizzy? Na pewno jest to jakiś tajny kod. Poza tym jada tę pizzę w Comet Ping Pong Pizza. A ping pong to przecież międzynarodowy kryptonim ruchu pedofilskiego. Wszyscy o tym wiedzą, prawda? A więc pizza w Comet Ping Pong to tak naprawdę metafora na proceder przetrzymywania porwanych dzieci, które, zanim sprzeda się na organy, zaangażowani w spisek politycy i biznesmeni gwałcą w podziemiach rzeczonej pizzerii. Oczywiście za przyzwoleniem i wiedzą Hillary Clinton.

 

[Dam Wam teraz moment na przetrawienie]

 

pizzagate-pingpong
Jeden z memów reklamujący wpis blogerki “zszokowanej” Pizzagate.

(Sic!)
Nic nie przesadziłem. Niczego nie podkoloryzowałem. Absurd, pomyślelibyście. Ale „teoria” była poważnie komentowana i roztrząsana w kręgach zwolenników Trumpa i młodych adeptów amerykańskiej radykalnej prawicy. Na mojej własnej tablicy na FB linkowało ją ze trzech młodych paladynów prawicowego porządku. A wszystko stąd, że szef kampanii Clinton lubił pizzę trochę bardziej niż by wypadało. Nie było żadnych powodów, żadnych dowodów, żadnych poszlak, które świadczyłyby o tym, że w tak okropnej teorii może być choć ziarno prawdy. Jak się okazało, rzeczona pizzeria nie ma nawet podziemi.

Nieważne. Post-prawda wyszła na jaw, ujrzała światło dzienne. I zaczęła krążyć. Komu pasowała, ten uwierzył. Jeden z młodych zelotów post-prawdy poszedł nawet do Comet Ping Pong i po oddaniu paru ostrzegawczych strzałów z karabinu domagał się, by właściciele wyjawili, ekhm, prawdę.

Pizzagate to przykład najbardziej absurdalny i po zwycięstwie Trumpa jej echa przycichają (cel został osiągnięty). Ale jest tylko jednym z elementów całej sieci kłamstw i oszczerstw mniej lub bardziej absurdalnych i pokazuje dzisiejsze podejście do świata, a w szczególności do polityki, głównie młodych ludzi.

Frank Underwood, akuszer post-prawdy

A teraz co to ma wszystko wspólnego z Frankiem Underwoodem? Dlaczego o nim wspominam w tytule? Bo w mojej opinii serial „House of Cards” pokazuje doskonale, dlaczego ludzie tak chętnie w post-prawdę uciekają. Pokazuje politykę tak zepsutą i wykoślawioną, tak złą, że nie sposób jej zdzierżyć i strawić. I oderwać się od oglądania jej mechanizmów.

Frank jest z pozoru jednym z typowych amerykańskich polityków. Jego zdawałoby się sympatyczną powierzchowność, magnetyzm postaci, ale też i mroczną stronę (tę prawdziwą), zawdzięczamy brawurowej kreacji Kevina Spacey’a, który na potrzeby serialu zrezygnował prawie zupełnie z grania w Hollywood i skupił się na roli serialowego polityka. A mowa tu o człowieku, który zgarnął dwie statuetki Oscara – zarówno za rolę pierwszoplanową w „American Beauty” w 2000 r., jak i drugoplanową w filmie „Podejrzani” w 1995 r. Jego Frank zdaje się fajnym, ciepłym kolesiem, z akcentem z Południa (pochodzi z Karoliny Południowej). Klepie cię od razu po plecach, skraca dystans i sypie bon motami. Człowiek z duszą na ramieniu, mogłoby się wydawać, prawdziwy równy gość. W polityce jest od zawsze, sam się w niej wszystkiego dorobił. Przez lata cierpliwie piął się w administracyjnej machinie Demokratów. Poznajemy go w momencie, w którym nowy prezydent Garrett Walker odmawia mu obiecanego stanowiska sekretarza stanu, amerykańskiego odpowiednika ministra spraw zagranicznych, który jest uważany za drugą osobę w państwie po prezydencie (biorąc pod uwagę jak rozbudowana i ważna dla hegemona światowego jest polityka zagraniczna). Frank w wyniku gier politycznych zostaje wymanewrowany ze stanowiska i zaczyna planować zemstę.

paste-tv-gallery-hoc-girl-tempt
Frank doczekał się wielu memów. Sam zrobiłem jeden na okazję wyboru Trumpa. Powyższy nawiązuje do faktu, że Frank trochę “łagodnieje” w późniejszych seriach.

Nie będę wchodził w szczegóły i spoilery, ale zapewniam, że czekają 4 sezony thrillera politycznego, stojącego na wysokim i bardzo wyrównanym poziomie. To jest być może najlepsze w tym tytule, że nie schodzi na psy po jednej czy dwóch dobrych seriach. Trzyma poziom, także dlatego, że konstrukcja każdej jest trochę podobna, ale porusza inny temat. W każdym sezonie Underwoodowie (bo niemal bezwarunkowym wsparciem, z nieludzką lojalnością, obdarza Francisa jego żona Claire) zmagają się z innym politycznym przeciwnikiem. W drugiej serii to miliarder Raymond Tusk, który za sprawą Franka traci wpływ na młodego i słabego prezydenta Walkera. W trzeciej para zmagają się głównie z Heather Dunbar, idealistką polityczną wśród Demokratów, która próbuje się przeciwstawić brudnym machinacjom coraz potężniejszego Franka. W czwartej serii Frank i Claire stają naprzeciwko siebie w może najbardziej fascynującej walce. Przypomina ona jeden organizm, wyniszczający się od środka. Do tego po drugiej stronie politycznej barykady pojawia się młody, przystojny i sympatyczny, a równie cyniczny jak Frank, przeciwnik. Ale kim on jest, musicie się już przekonać sami. Obiecałem brak spoilerów.
Frank staje też naprzeciw topowych dziennikarzy, którzy w końcu odkrywają, jak skorumpowaną jest on postacią. Z czasem nawet zaczynają rozumieć jak do gruntu złym jest człowiekiem. Dawni polityczni sojusznicy, często przez Underwoodów oszukani czy skazani na zapomnienie, wracają, by się zemścić. Od 3. serii, gdy staje się bardziej potężny, Frank zmaga się zarówno z rosyjskim prezydentem Petrovem (przecudowna rola cynicznego, ale bardzo czarującego przywódcy upadającej Rosji, zagrana przez Larsa Mikkelsena), jak i z członkami własnego rządu – dawną kandydatką na wiceprezydenta czy sekretarz stanu. Wiele z tych potyczek ma charakter tymczasowy i najważniejsi przeciwnicy stają się sojusznikami na dłużej bądź na chwilę. I na odwrót. Ta dynamika jest bardzo ważna, bo wciąga i przykuwa nas przed monitorami może najbardziej ten ciągle bulgoczący waszyngtoński polityczny kocioł, w którym żaden cios nie jest niedozwolony, łapówka – finansowa czy polityczna – na porządku dziennym, zastraszanie, kłamstwo tak powszechne, że właściwie stają się rzeczywistością. Okazyjnie zdarza się nawet morderstwo na zlecenie. Frank nie cofa się przed niczym, żaden sposób nie jest dla niego zły. Uosabia nawet nie powiedzenie, że cel uświęca środki, bo dla Franka świętości nie istnieją, ale że po trupach najłatwiej dojść do celu. Uosabia czasem dosłownie, bo niektórych przeciwników nie da się inaczej wyeliminować niż uciszając ich na zawsze.

hoc_key_013_h.jpg
Frank i Claire stanowią małżeństwo idealne, doskonały mechanizm, który uzupełnia się i wydaje się nigdy nie psuć. Ale wszyscy jesteśmy ludźmi, nawet między nimi dojdzie do starcia. Dotrwajcie do 4 serii, żeby je zobaczyć.

I właśnie dlatego uważam, że Frank świetnie ilustruje jeden z ważnych powodów, dla których w roku 2016 nad prawdą zatriumfowała post-prawda. Jak w świecie tak zepsutym, jak pokazują twórcy „House of Cards”, można wierzyć jeszcze w jakiekolwiek pryncypia? Frank jest przecież upostaciowieniem tego wszystkiego, o co oskarżana była w kampanii Hillary – jest przekupny, jest notorycznym kłamcą, jest niebezpieczny dla wrogów i zdradza przyjaciół. Eliminuje przeciwników w ten czy inny sposób. A wszystkich bliskich ludzi niszczy. Do Pizzagate nie posunąłby się zapewne tylko dlatego, że byłoby to bez sensu. Ta afera jest tak głupia, że nie byłaby nikomu potrzebna. Gwałcenie dzieci przeznaczonych na organy w podziemiach pizzerii o najbardziej absurdalnej nazwie na świecie (Cosmic Ping Pong, sic!) nie przyniosłoby mu żadnej konkretnej politycznej korzyści. Ale gdyby mogło, Frank z pewnością by się na nie zdecydował. I właśnie dlatego, w moim silnym przekonaniu, tak wielu zdesperowanych ludzi uwierzyło w 2016 roku w post-prawdę – że politycy w końcu przekonali ludzi, że są, a na pewno mogą być, Frankami Underwoodami.

Mateusz Myślicki